6. Pieprzysz się na dzień dobry czy trzeba z tobą chodzić?

Muskam palcami narzutę łóżka, blat kuchenny, drewniany front od łazienki, wszystko, czego imam się na co dzień. Wyobrażam sobie, jak tych samych przedmiotów dotykają męskie dłonie, a w następstwie dziecięce. Wyobrażam sobie, jak maleństwa drepczą po panelach, a ich śmiech roznosi się po całym mieszkaniu, natomiast pomrukiwania męża zamykają się tylko w czterech kątach sypialni. Wyobrażam sobie, jak siadamy przy jednym stole, wspólnie tarzamy się po podłodze, wspólnie chichoczemy do rozpuku. Wyobrażam sobie to wszystko, bo mój własny, prywatny świat jest łaskawszy od tego rzeczywistego.
Życie wielokrotnie rzucało mi kłody pod nogi, wielokrotnie podawało nóż zamiast pomocnej dłoni. Jak nie natarczywy szef to zdradliwy facet, jak nie zdradliwy facet, to kolejne kłopoty w pracy. Mimo ciągłego natłoku problemów i niedomówień nie potrafiłam patrzeć pesymistycznie na to, co mnie otacza. Rodzice od maleńkości powtarzali mi, że niezależnie od sytuacji mam kroczyć z uśmiechem na ustach, dumnie pokazywać, że mimo doczesnych trosk potrafię się podnieść. I tą wpojoną zasadą kieruję się po dziś dzień.
Na ogół szczerzę się, chociażby do powietrza, non stop. Nie rozklejam się nad błahostkami, nie rozpaczam nad codziennością, nie cofam się do tyłu. Staram się żyć dynamicznie. Istnieje jednakże jeden aspekt, który potrafi zmazać wieczny uśmiech z mojego lica, który potrafi spędzić sen z powiek? Mianowicie. Wizja starości. Wizja samotnej starości.
Moje poprzednie związki to nie była sielanka, spacerki o zachodzie słońca, zasypianie w ramionach ukochanego, wspólne śniadania i kolacje. Byli mężczyźni to nie przystojniacy z babskich magazynów, Adonisi o twarzach jak z marmuru. Moje wcześniejsze miłostki opierały się głównie na seksie, na spełnianiu męskich, erotycznych zachcianek.A ci faceci? Zupełni przeciętniacy, jakich pełno na ulicach. Co najwyżej raz na jakiś czas zdarzył się ktoś z wyższej półki, ale znikał równie szybko, co się pojawił.
Siadam na bujanym fotelu, trzymając w obu dłoniach pamiątkowy album. Przewracam strony ze zdjęciami. Na moją twarz automatycznie wpływają różnorodne uśmiechy, raz uśmiech wstydu, raz obrzydzenia. Rafał, Andrzej, Michał, szef z biura rachunkowego, Wojtek, Piotrek, szef z oddziału marketingu, znowu Michał, znowu szef. Większość osób po tak zawrotnej przeszłości mogłoby uznać mnie za najzwyklejszą dziwkę. Po jakimś czasie sama zaczęłam mieć o sobie takie mniemanie. Dlaczego z tym nie walczyłam? Dlatego, że ja, głupiutka jak typowa tleniona blondynka, Weronika Wróblewska za każdym razem wierzyłam, że wyjdzie z tego coś więcej. I za każdym razem tak srogo się przeliczyłam.

~*~
Siedzę na parkowej ławeczce wraz z Martino i Tischerem. Słońce pada akurat na moją twarz, jednakże zbytnio mi to nie przeszkadza. Bardziej przejmuję się zachowaniem tych dwóch neandertalczyków niż tym, co promienie słoneczne zrobią z moją skórą.
- Ej, lalunia! – gwiżdże Matteo, uśmiechając się filuternie do blondynki. – Pieprzysz się na dzień dobry czy trzeba z tobą chodzić?
W okolicy słychać tylko jej dźwięczne oburzenie i stukot niebotycznych obcasów.
- Z takimi tekstami to ty żadnej nie zbajerujesz – prycha pod nosem Simom, uderzając kolegę w ramię.
- Taki jesteś mądry? W takim razie pokaż, jak powinien zachować się prawdziwy mistrz podrywu!
Niemiec momentalnie podejmuje wyzwanie. Poprawia już i tak idealnie ułożone włosy, układa swoją koszulkę tak, aby bardziej eksponowała jego umięśnione ciało i wzrokiem zdobywcy poszukuje ofiary. Uśmiecha się zawadiacko, kiedy zauważa hojnie obdarzoną przez naturę brunetkę.
- Patrz i ucz się – mruczy na ucho Włochowi, automatycznie odchrząkując. – Hej, złociutka!
Dziewczyna odwraca się w jego stronę, mrużąc oczy.
- Czego?
- Posiadasz stanik w księżyce?
- Nie twój zakichany interes, imbecylu!
- Oj, no nie denerwuj się, w końcu złość piękności szkodzi. To posiadasz czy nie?
- Może i tak, a co?
- Bo masz cycki nie z tej ziemi.
Mnóstwo krzyków, środkowych palców, a nawet i plaskaczy da się usłyszeć i zauważyć w okolicy ławki, którą oblegamy. Jeden przebija sprośnymi anegdotkami drugiego, wywołując w kobietach obrzydzenie, a nie zachętę.
- Jesteście gorsi niż Bartman, kiedy jeszcze tu grał – kwituję, szczelnie oplatając się ramionami.
 - Patrzcie go, cnotliwy księciunio się znalazł! – oburza się Tischer, wymachując mi przed nosem palcem wskazującym. – Przypominam ci, że to ty chciałeś posiedzieć w parku i popatrzeć na panienki. My tylko korzystamy z sytuacji!
- Korzystać to wy chcecie nie z sytuacji, ale ze sprzętu, który nosicie w spodniach, i to najlepiej zaraz.
- Nie cwaniakuj, Łasko, dobra? – tym razem do głosu dochodzi Matteo. – Ty jakoś do tej pory nie odezwałeś się do żadnej ani słowem!
- Bo mi nie zależy na seksie. Mi zależy na poznaniu kobiety szczegółowo, na dłuższym związku.
- Taak? To dylaj do najbliższego biura matrymonialnego, Romeo.
- To jest myśl, Simon! Skoro nasz księciunio chce poznać swoją księżniczkę od a do z to gdzie, jak nie tam?
Przestaję ich słuchać. Mam wrażenie, jakby nad moją głową wisiała świecąca się żaróweczka. Nawet nie wiem, w którym momencie nogi niosą mnie przez park, aż do skrzyżowania. Kroczę tam, gdzie chcieli. Do biura matrymonialnego. Do Nieplatonicznych.

***
Trochę refleksji ze strony Weroniki.
I tak, drogie panie, Wróblewska i Łasko w końcu się spotkają.

Oddam stos notatek w dobre ręce. Ktoś chętny?
Jasna cholera, zdecydowanie za dużo na siebie wzięłam. 
Blogi, jakich adresy mi pozostawiłyście, postaram się nadrobić po sesji.

Moja prywatna żałoba trwa już od sobotniego popołudnia. Ech, Resovio i Jastrzębski Węglu, wolicie nie wiedzieć, co zrobiliście z moją psychiką.