8. Bo moje ślinianki buntują się przeciwko produkowaniu śliny na widok dwóch takich imbecyli.

Czy zawsze ja muszę mieć w pracy takiego pecha? Na początku napaleni szefowie, później upierdliwi faceci liczący na coś więcej poprzez wiadomości, a teraz zbłaźnienie się przed filarem wojewódzkiej drużyny i odłamki szkła w nodze. Świetnie, zajebiście wręcz.
- Kurwa mać! – syczę pod nosem, siadając na podłodze. Zjedzona kilkanaście minut temu bułka automatycznie podchodzi mi do gardła. Krew. Czerwona ciecz, która przyprawia mój żołądek o wariacje.
- Gdzie macie apteczkę? – z letargu wyrywa mnie głos Michała.
Drżącą ręką wskazuje na ostatnią szufladkę przy biurku. Atakujący wyciąga z niej niezbędny zestaw środków opatrunkowych i kuca obok mnie.
- A pęsetę czy cokolwiek innego, czym można chwytać?
Momentalnie dębieję.
- Chcesz mi wyjąć to szkło samodzielnie?! – nawet nie zauważam, że zwracam się do niego na ty.
- Spokojnie. Przechodziłem przeszkolenie medyczne i wiem, jak to się robi.
Niepewnie kiwam głową i mruczę, że moja prywatna pęseta leży na blacie, obok torebki. Nawet nie musi się podnosić, jego potwornie długa ręka pozwala mu na zgarnięcie przedmiotu z niższego poziomu.
- Może trochę boleć – bąka, pochylając się nad moją nogą.
Słysząc ostatnie słowo, odsuwam się od niego na kilka centymetrów.
- Boi się pani? – spogląda na mnie jak na wariatkę. Nie moja wina, że wszelkie igły, pęsety i inne medyczne cuda wiążące się ze słowem ból przyprawiają mnie o dreszcze.
- Mów mi Weronika. Tak, boję się. Boję się od dziecka. Nawet drzazgi nie potrafiłam wyjąć z obawy przed jakimkolwiek bólem.
- A ja jestem Michał – uśmiecha się słodko, a mi automatycznie robi się cieplej na sercu. – Zrobimy tak. Jeżeli choć trochę cię zakłuje, porządnie uszczypnij mnie w tę wolną rękę.
- Niby po co?
- Uwierz, świadomość, że kogoś boli w tym samym okresie czasowym co ciebie, pomaga.
Już po trzech minutach jestem uwolniona od odłamków szkła, a na mojej nodze dumnie spoczywa bandaż. I jeżeli mam się pochwalić, to ani razu go nie ukąsiłam paznokciami, chociaż przy ostatnim kawałku miałam ogromną ochotę to zrobić.
- Nie wiem, jak mam ci dziękować.
- To proste. Wystarczy, że zaproponujesz mi jakąś milutką panią do towarzystwa – znów ten zniewalający uśmiech. Czyżbym się od niego uzależniła?

~*~
Wpatruję się w nią bez przerwy, czy to kiedy sortuje magazyn, czy to kiedy patrzy mi prosto w oczy i pyta o wymagania. Mam chwilowe rozdwojenie jaźni. Wiem, że powinienem słuchać jej uważnie i wspólnie z nią zadecydować o kandydatce, ale w łopatologiczny sposób nie mogę. Bo kiedy w mojej głowie przelatuje słowo kobieta to nie widzę zjawiskowej i hojnie obdarzonej przez naturę blondynki czy brunetki, nie widzę już Mileny. Widzę ją, tę o oliwkowej cerze, ciemnych włosach i czekoladowych oczach. Widzę Weronikę.
- W porządku? – szturcha mnie delikatnie w ramię, a ja automatycznie powracam do rzeczywistości.
- Wybacz, zamyśliłem się – spuszczam wzrok na miejsce, gdzie utkwiony jest jej palec. Brunetka, bardzo podobna do niej, jednakże zdecydowanie niedorównująca.
- Zauważyłam – uśmiecha się niewinnie, przerzucając wzrok na gazetę. – Znalazłam kogoś o podobnych wymaganiach do twoich. Uwielbia podróże, sport i zwierzęta, marzy o miłości aż po grób.
- A imię?
- Milena.
Mam wrażenie, jakby ktoś w tym momencie władował we mnie cały magazynek nabojów. Nie po to się staram zapomnieć, żeby teraz w jakiejś tam cząstce do tego powrócić.
- Proszę, tylko nie to imię – mruczę, wpatrując się w Weronikę błagalnym spojrzeniem.
Kobieta automatycznie przerzuca kartki. Zatrzymuje się na innej, rażąco podobnej do poprzedniej.
- To może Kasia? Siatkówka od lat jest jej największą pasją.
Delikatnie mrużę ślepia. Na pierwszy rzut oka wydaje się być sympatyczna. Ale czy aby w rzeczywistości jest podobnie?
- Niech będzie – wyduszam w końcu z siebie mimo tego, że moje serce kategorycznie odmawia.
- Świetnie. Będzie na ciebie czekać w piątek w Sfinksie, tej okolicznej restauracji. Osiemnasta pasuje?
- Jak najbardziej.
- W takim razie trzymam kciuki, żeby się udało – podnosi się z miejsca i podaje mi dłoń. – Do zobaczenia, Michale.
- Dziękuję – odwzajemniam uścisk. – Do zobaczenia, Weroniko.
Dziarskim krokiem opuszczam biuro matrymonialne. Po przekroczeniu progu automatycznie napadają na mnie hieny cmentarne w postaci Matteo i Simona.
- Co tak długo? – buczy pierwszy z nich. – Już myślałem, że postanowiłeś sprawdzić seksualne umiejętności kandydatki na tym czerwonym biurku.
Nawet nie odpowiadam. Nie warto przemęczać strun głosowych na takiego troglodytę.
- I jak? Zdecydowałeś się na jakąś? – do tej jakże inteligentnej konwersacji dołącza Niemiec.
Kiwam potwierdzająco głową.
- Człowieku, czy ktoś tam tobie odciął język? Czemu nic nie mówisz?
Na moje usta wpływa chytry uśmieszek.
- Bo moje ślinianki buntują się przeciwko produkowaniu śliny na widok dwóch takich imbecyli.
Nogi same niosą mnie przez jastrzębskie ulice. Uciekam, jakby goniony przez niecenzuralne słowa z ust Martino i Tischera.

***
Na tak debilne pomysły to tylko Caroline wpada.
Weronika to taka jakby odwrotność mnie. Bo ja na krew mogę patrzeć godzinami. *.*

Embouteillages, nie zrobisz tego Zbysiowi, nie możesz. :c Toż to cios poniżej pasa!

no to ten, wasza wiecznie zawodząca Karolina ma dwa tygodnie wolnego i postara się coś nabazgrać. no a potem sobie zniknie, chyba tak na zawsze. :)