-
Kurwa mać! – syczę pod nosem, siadając na podłodze. Zjedzona kilkanaście minut
temu bułka automatycznie podchodzi mi do gardła. Krew. Czerwona ciecz, która
przyprawia mój żołądek o wariacje.
-
Gdzie macie apteczkę? – z letargu wyrywa mnie głos Michała.
Drżącą
ręką wskazuje na ostatnią szufladkę przy biurku. Atakujący wyciąga z niej
niezbędny zestaw środków opatrunkowych i kuca obok mnie.
-
A pęsetę czy cokolwiek innego, czym można chwytać?
Momentalnie
dębieję.
-
Chcesz mi wyjąć to szkło samodzielnie?! – nawet nie zauważam, że zwracam się do
niego na ty.
-
Spokojnie. Przechodziłem przeszkolenie medyczne i wiem, jak to się robi.
Niepewnie
kiwam głową i mruczę, że moja prywatna pęseta leży na blacie, obok torebki. Nawet
nie musi się podnosić, jego potwornie długa ręka pozwala mu na zgarnięcie
przedmiotu z niższego poziomu.
-
Może trochę boleć – bąka, pochylając się nad moją nogą.
Słysząc
ostatnie słowo, odsuwam się od niego na kilka centymetrów.
-
Boi się pani? – spogląda na mnie jak na wariatkę. Nie moja wina, że wszelkie
igły, pęsety i inne medyczne cuda wiążące się ze słowem ból przyprawiają mnie o
dreszcze.
-
Mów mi Weronika. Tak, boję się. Boję się od dziecka. Nawet drzazgi nie
potrafiłam wyjąć z obawy przed jakimkolwiek bólem.
-
A ja jestem Michał – uśmiecha się słodko, a mi automatycznie robi się cieplej
na sercu. – Zrobimy tak. Jeżeli choć trochę cię zakłuje, porządnie uszczypnij
mnie w tę wolną rękę.
-
Niby po co?
-
Uwierz, świadomość, że kogoś boli w tym samym okresie czasowym co ciebie,
pomaga.
Już
po trzech minutach jestem uwolniona od odłamków szkła, a na mojej nodze dumnie
spoczywa bandaż. I jeżeli mam się pochwalić, to ani razu go nie ukąsiłam
paznokciami, chociaż przy ostatnim kawałku miałam ogromną ochotę to zrobić.
-
Nie wiem, jak mam ci dziękować.
-
To proste. Wystarczy, że zaproponujesz mi jakąś milutką panią do towarzystwa –
znów ten zniewalający uśmiech. Czyżbym się od niego uzależniła?
~*~
Wpatruję
się w nią bez przerwy, czy to kiedy sortuje magazyn, czy to kiedy patrzy mi
prosto w oczy i pyta o wymagania. Mam chwilowe rozdwojenie jaźni. Wiem, że
powinienem słuchać jej uważnie i wspólnie z nią zadecydować o kandydatce, ale w
łopatologiczny sposób nie mogę. Bo kiedy w mojej głowie przelatuje słowo
kobieta to nie widzę zjawiskowej i hojnie obdarzonej przez naturę blondynki czy
brunetki, nie widzę już Mileny. Widzę ją, tę o oliwkowej cerze, ciemnych
włosach i czekoladowych oczach. Widzę Weronikę.
-
W porządku? – szturcha mnie delikatnie w ramię, a ja automatycznie powracam do
rzeczywistości.
-
Wybacz, zamyśliłem się – spuszczam wzrok na miejsce, gdzie utkwiony jest jej
palec. Brunetka, bardzo podobna do niej, jednakże zdecydowanie niedorównująca.
-
Zauważyłam – uśmiecha się niewinnie, przerzucając wzrok na gazetę. – Znalazłam kogoś
o podobnych wymaganiach do twoich. Uwielbia podróże, sport i zwierzęta, marzy o
miłości aż po grób.
-
A imię?
-
Milena.
Mam
wrażenie, jakby ktoś w tym momencie władował we mnie cały magazynek nabojów. Nie
po to się staram zapomnieć, żeby teraz w jakiejś tam cząstce do tego powrócić.
-
Proszę, tylko nie to imię – mruczę, wpatrując się w Weronikę błagalnym spojrzeniem.
Kobieta
automatycznie przerzuca kartki. Zatrzymuje się na innej, rażąco podobnej do
poprzedniej.
-
To może Kasia? Siatkówka od lat jest jej największą pasją.
Delikatnie
mrużę ślepia. Na pierwszy rzut oka wydaje się być sympatyczna. Ale czy aby w
rzeczywistości jest podobnie?
-
Niech będzie – wyduszam w końcu z siebie mimo tego, że moje serce kategorycznie
odmawia.
-
Świetnie. Będzie na ciebie czekać w piątek w Sfinksie, tej okolicznej
restauracji. Osiemnasta pasuje?
-
Jak najbardziej.
-
W takim razie trzymam kciuki, żeby się udało – podnosi się z miejsca i podaje
mi dłoń. – Do zobaczenia, Michale.
-
Dziękuję – odwzajemniam uścisk. – Do zobaczenia, Weroniko.
Dziarskim
krokiem opuszczam biuro matrymonialne. Po przekroczeniu progu automatycznie
napadają na mnie hieny cmentarne w postaci Matteo i Simona.
-
Co tak długo? – buczy pierwszy z nich. – Już myślałem, że postanowiłeś
sprawdzić seksualne umiejętności kandydatki na tym czerwonym biurku.
Nawet
nie odpowiadam. Nie warto przemęczać strun głosowych na takiego troglodytę.
-
I jak? Zdecydowałeś się na jakąś? – do tej jakże inteligentnej konwersacji
dołącza Niemiec.
Kiwam
potwierdzająco głową.
-
Człowieku, czy ktoś tam tobie odciął język? Czemu nic nie mówisz?
Na
moje usta wpływa chytry uśmieszek.
-
Bo moje ślinianki buntują się przeciwko produkowaniu śliny na widok dwóch
takich imbecyli.
Nogi
same niosą mnie przez jastrzębskie ulice. Uciekam, jakby goniony przez
niecenzuralne słowa z ust Martino i Tischera.
***
Na
tak debilne pomysły to tylko Caroline wpada.
Weronika to taka jakby odwrotność
mnie. Bo ja na krew mogę patrzeć godzinami. *.*Embouteillages, nie zrobisz tego Zbysiowi, nie możesz. :c Toż to cios poniżej pasa!
no to ten, wasza wiecznie zawodząca Karolina ma dwa tygodnie wolnego i postara się coś nabazgrać. no a potem sobie zniknie, chyba tak na zawsze. :)