9. Co ci zrobiła ta kawa? Maltretujesz ją gorzej niż pedofil maleńkie dziecko.

Ostrożnie chwytam za bandaż owinięty wokół mojej kostki i pomalutku go odwijam. Moim oczom ukazują się trzy zaróżowione blizny i strużka skrzepniętej krwi. Przemywam okaleczone kilkanaście dni wcześniej miejsce i dla bezpieczeństwa zakrywam plastrem. Szramy, nawet i na nogach, w dzisiejszych czasach wyglądają podejrzanie.
Merdam łyżeczką w kubeczku z kawą, powodując osiadanie mlecznej pianki na brzegach naczynia. Przyglądam się kofeinowemu napojowi, który z każdym ruchem sztućca nabiera bardziej mlecznego koloru. Jeszcze kilka okrążeń, no i może szczypta mleka, a zacznie przypominać odcień tęczówek Michała.
Łasko. Samo jego przybycie do mojego miejsca pracy było jakimś totalnym paradoksem. Facet, za którym szaleją setki kobiet w okolicy, wzór męskości, wulkan testosteronu, mężczyzna, który mógłby poszczycić się haremem, w biurze matrymonialnym, placówce, która pomoże mu odnaleźć miłość życia. Czy to nie śmieszne?
Z początku wzięłam to za dowcip. Czasami zdarza mi się słuchać Marleny, która potrafi nadawać jak radiowy odbiornik, więc wiem, że tutejsi siatkarze są posiadaczami nieziemskiego poczucia humoru. Nawet kilka razy przeleciało mi przez głowę, że chłopina najzwyczajniej w świecie przegrał jakiś pospolity zakład, a wizyta w Nieplatonicznych to miała być jego kara. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zniesmaczony Kasią pojawił się kolejny raz. I to nie jeden. O ile dobrze liczę, próg biura przekroczył już co najmniej pięć razy. I do tej pory żadna z potencjalnych kandydatek nie przypadła mu do gustu.
- Halo, Ziemia do Weroniki! – z letargu wyrywa mnie głos współpracowniczki. – Co ci zrobiła ta kawa? Maltretujesz ją gorzej niż pedofil maleńkie dziecko.
Spoglądam do wnętrza kubka. Napój gęstością już nie przypomina tego z początku. Wręcz przeciwnie. Wygląda jak woda, tyle że zabarwiona na brązowo.
- Nic, po prostu się zamyśliłam – mruczę, odkładając plastikową łyżeczkę na blat.
- Ostatnio coś często ci się to zdarza, nie sądzisz?
Odpowiadam głośnym westchnięciem. Tak głośnym, że na dzień dobry mogłoby poruszyć kościami zakopanymi kilometr pod wierzchnią warstwą gleby.
Nie moja wina, że myśli krążą tylko wokół jednego osobnika, a raczej tego, co siedzi mu w głowie, dopowiadam sobie i znów zatracam się w wyidealizowanym świecie. W moim świecie.

~*~
Kaśka, Baśka, Maryśka, Klementyna i cholera wie, jaka jeszcze inna i o jakim imieniu. Niby zjawiskowe, niby posiadaczki zachodniej urody, niby najlepsze partie w magazynie biura. A gówno prawda. Może i urodą powalają, ale inteligencją już niekoniecznie. Czekałem na ten moment, kiedy w końcu trafię na kobietę, która będzie mi wciskać, że urolog leczy urojenia, że Waszyngton leży w Europie i że w spotkaniu siatkarskim wbija się gole do bramki. Doczekałem się tego szybciej, niż spodziewałem. Brąz na głowie, ale blond w mózgu i sercu.
Mam wrażenie, że nie tylko ich niespotykane IQ jest moim największym mankamentem. W każdej chwili – w czasie rozmowy, przy przeżuwaniu kolacji czy piciu wina, nie myślałem o tej, która siedziała na drugim końcu stolika. Myślałem o tej, która ją tu sprowadziła. O Weronice.
Po raz kolejny odprowadzam kobietę pod jej mieszkanie. Po raz kolejny z wymuszonym uśmiechem na ustach mówię, że jeszcze się zastanowię. Po raz kolejny wodzę za jej znikającą sylwetką wzrokiem. Po raz kolejny wzdycham głęboko, wypełniając chłodnawym powietrzem płuca. Po raz kolejny cieszę się, że owa katorga już się zakończyła.
Nie wiem, dlaczego tu jestem, nie wiem, jakim cudem nogi zaniosły mnie w tak często odwiedzane miejsce. Stoję przed drzwiami Nieplatonicznych, jednak wcale nie mam zamiaru utonąć w wszechobecnej czerwieni i zapachu kwiatów. Czekam. Czekam, aż ona opuści swoje miejsce pracy.
Zimno panujące na dworze wywołuje drżenie moich kolan, kostnienie palców i delikatne rumieńce. Nie wywieszam jednakże białej flagi w stosunku do temperatury i powietrza. Wytrwale czekam na jej pojawienie się.
Mija piętnaście minut. Zza drzwi wyskakuje dosyć wysoka kobieta i szamocze się z zamkiem. Nie jest to jednak Weronika, lecz jej zupełne przeciwieństwo. Na dodatek w stanie błogosławionym.
- Przepraszam? – stukam ją delikatnie w ramię.
Dziewczyna automatycznie odskakuje. Jej oczy przybierają postać pięciozłotówek i świdrują mnie niezbyt przyjemnym spojrzeniem.
- Niech pan wybaczy, ale już zamknięte – bąka, jąkając się jak dziecko.
- Ale ja tu przyszedłem nie w takim celu, o jakim pani myśli – tłumaczę. – Szukam Weroniki, tej, co tu pracuje. Nie wie pani, gdzie mieszka?
- Weronika Wróblewska? – kiwam potwierdzająco głową. – Mieszka do góry, nad biurem. Niech pan wejdzie tymi sąsiednimi drzwiami i skieruje się pod mieszkanie numer 6.
- Dziękuję – posyłam w jej stronę wdzięczny uśmiech.
Biegnę po schodach, coraz bardziej oddając się w świat przemyśleń. Po raz kolejny ją zobaczę, ale nie za biurkiem i w roboczych ciuchach. Zobaczę ją w jej prywatnych czterech ścianach.

***
Całe szczęście, że nabazgrałam już to opowiadanie wcześniej, bo w tym natłoku zajęć za cholerę nawet nie otworzyłabym Worda.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie jest z okolic Gniezna, a przynajmniej nie przebywa w jednym z tutejszych szpitali. W każdym bądź razie, Caroline szaleje tam na praktykach, i cholernie jej się podoba. :) Bonusowo głupieje, bo pisze o sobie w trzeciej osobie, nic nowego.

No to pomalutku kończymy, chociaż epilog nadal stoi pod wielkim znakiem zapytania, bo miałam ograniczyć szczęśliwe zakończenia do minimum.

Little Witch, imienniczko i rówieśniczko, moje opowiadania zawsze zaczynają się beznadziejnie i tak też kończą. :)

karolajn, opowiadanie o Kadziu się tworzy po nocach, także nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. :)

napisałam przez ostatnie dwie noce jakiegoś gniota, a przynajmniej jego część. zapoznanie z bohaterami tutaj