10. Zbieraj tyłek, królewno. Książę Michał zabiera cię na spacer.

Jeszcze tylko jedno pociągnięcie pędzelkiem, jeszcze tylko jeden czerwony szlaczek, jeszcze tylko… Psia jego mać!
Na dźwięk donośnej melodyjki, która huczy w moich uszach, i krwisty lakier, i połączone włókienka służące do muskania paznokci, wypadają z moich rąk. Klnę siarczyście pod nosem, widząc czerwoną plamę na panelu i odpryśniętą kropkę na palcu. A dzwonek nadal roznosi się po mieszkaniu.
Zamaszystym krokiem kieruję się do wejścia, w międzyczasie grzebiąc przy niesfornym koku zdobiącym czubek mojej głowy. Wolną dłonią pociągam za klamkę i machinalnie dębieje. Facet z rozczochranymi włosami, świecącymi się tęczówkami i figlarnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. I to nie byle jaki facet. Sam Michał Łasko.
- A co ty tu…? – nawet nie pozwala mi dokończyć.
- Zbieraj tyłek, królewno. Książę Michał porywa cię na spacer.

Wędrujemy jastrzębskimi ulicami od piętnastu minut, rozkoszując się panującą dookoła błogą ciszą.
- Od jak dawna tu jesteś? – przecina chłodne powietrze swoim głosem.
- Od miesiąca.
Kilka minut spokoju.
- Masz faceta?
- Nie mam.
- A szukasz?
- Może.
Sto dwadzieścia sekund świszczącego wiatru.
- To szukasz czy nie?
Zatrzymuję się gwałtownie.
- Skąd taka nachalność? – pytam, świdrując go niepewnym spojrzeniem.
- Ciekawy jestem, i tyle.
Wpatruję się w moje stopy masakrujące pożółkłe liście. Toczę ze sobą wewnętrzną walkę. Dalej rozwijać ten temat?
- Chcę kogoś, kto będzie przy mnie w każdej godzinie, minucie, sekundzie – nie wiem, w którym momencie usta i struny głosowe buntują się przeciwko mnie. – Chcę kogoś, kto będzie mnie całował w czoło na powitanie, kogoś, kto przytuli do serca w razie problemów, kogoś, kto tak po prostu nie zostawi.
- Czyli poprzedni facet nie sprostał oczekiwaniom?
- To nawet nie był facet. To była seks maszynka, niewyżyty ogier.
- Ach tak. Mam rozumieć, że same stosunki?
Mruczę pod nosem potwierdzające i lakoniczne słowo. Nie reaguję na deszcz moczący moje włosy, nie reaguję na wodę lejącą się po moich ramionach. Reaguję dopiero wtedy, kiedy jego rozbudowane barki przyciągają mnie do siebie i nakazują wtulić się w jego ciepły tors i wdychać woń intensywnych perfum. Tak po prostu.

~*~

Trzymam ją w ramionach, delikatnie głaskając po zlepiających się od wody włosach. Dlaczego wdycham te damskie feromony, dlaczego wodzę po jej szyi, dlaczego jej współczuję? Nie potrafię szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Może dlatego, że jej historia pod względem melancholii bije moją na głowę? Może dlatego, że teraz wstyd mi za męski ród, któremu tylko seks w głowie?
Odrywa się ode mnie, uśmiechając z wdzięcznością. Dalej drepczemy, tym razem z kapturami okalającymi czaszki, ulicami, wymijając powiększające się z każdą chwilą kałuże. W taflach owej wody odbijają się światła ulicznych latarni, a deszcz po raz enty w ciągu ostatniego tygodnia wystukuje swoje rytmiczne melodie.Gorzej niż w Londynie.
- Michał, mogę cię o coś zapytać? – jej głos po kilkuminutowym stukaniu kropel wody jest niczym chleb dla łaknącego.
- Śmiało.
- Dlaczego przychodzisz do biura matrymonialnego? Przecież mógłbyś znaleźć sobie kobietę w zupełnie innym miejscu.
- Szczerze? Gdyby nie przedrzeźnianie moich klubowych kolegów to zapewne nigdy bym się w nim nie znalazł. I uwierz, szukałem wszędzie. W najlepszych klubach, w placówkach, gdzie pałęta się wiele panienek, nawet w parkach. Nigdzie nie trafiłem na taką, która zdobyłaby moje uznanie.
- U nas też nie. Przebierałeś w nich jak w worku ze skarpetkami.
Owe porównanie wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy.
- Może to będzie zbyt wścibskie z mojej strony – przygryza wargę, jednakże kontynuuje. – Dlaczego nie jesteś z Mileną? Moja koleżanka z pracy ostatnio mówiła, że taka wspaniała była z was para.
Sztylety. Setki sztyletów wbijających się prosto w moje dopiero co poskładane serce. Kajdany powracające na nadgarstki, zardzewiały łańcuch podrażniający skórę szyi. I chyba tylko wyrzucenie z siebie tego, co siedzi we mnie od prawie dwóch miesięcy jakoś zatamuje nawrót choroby. Choroby nazywanej uzależnienie od Włoszki.
- Nie powinnam była pytać, prawda?
Ignoruję gryzącą ją kwestię. Wpatruję się w nawilżone płytki chodnika i głośno przełykam ślinę.
- To była impreza po jednym ze zwycięskich meczów. Wybrałem się na nią z kuzynką pod nieobecność Mileny. Alkohol lejący się strumieniami. Nie wiem, jakim cudem Sophie znalazła się na moich kolanach i pocałowała mnie w policzek. Niby nic złego, jednakże nie dla mojej dziewczyny. Prawdziwe piekło rozpętało się dopiero wtedy, kiedy zobaczyła tę scenerię przelaną w postaci fotografii na portal plotkarski. Kłóciliśmy się, a to raczej ona kłóciła się ze mną przez co najmniej trzy godziny. Wypominała mi wszystko to, co zrobiłem nie tak w ciągu ostatnich kilku miesięcy. A potem tak po prostu zabrała wszystkie swoje rzeczy i wyjechała. Ot cała filozofia.
Kątem oka spoglądam na Weronikę. Jej zmartwiona mina mówi wiele. Pociera dłonią moje plecy i staje na palcach. Przybliża swoją twarz do mojej, zapewne chcąc złożyć na skórze twarzy współczujący pocałunek. Nie pozwalam jej na to. W ostatniej chwili odwracam głowę w stronę brunetki. Jej ciepłe wargi nie lądują na policzku. Jej ciepłe wargi lądują na moich ustach. I jakoś zbyt szybko nie mają zamiaru się oderwać.

***
Srutututu, ale pierdolamento. Całe szczęście, że już kończymy.
A ja? A ja mam epilog, ale wciąż nie wiem, czy go nie zmienić.

Następny we wtorek, gdyż w poniedziałek ponownie witam Łuczniczkę. Hej, hej, hej, Delecta. <3

Linko i malino, dziękuję bardzo za miłe słowa, ale i tak uważam, że na nie nie zasłużyłam. :)
Chyieke, tak, jestem na medycynie. I gdybym mogła cofnąć czas, nigdy bym na nią nie poszła. :)

Nie, kochane, następny odcinek to jeszcze nie epilog.