Epilog.
Słyszę krótki i urywany oddech Mileny, słyszę wodę, która kropelkami obija się o dno zlewu, słyszę trzask moich wyłamywanych palców. Słyszę to, a nie chcę. Zamieniłbym wszystkie dźwięki i odgłosy świata na ten jedyny, mój prywatny afrodyzjak. Na głos Weroniki.
- Kto to był? - z natłoku myśli wyrywa mnie pytanie Włoszki. Na jej twarzy nie ma już gigantycznego uśmiechu, a w oczach nie hulają iskierki szczęścia. Radość zastąpił niepokój.
- Moja dobra koleżanka. Bardzo dobra - nie wiem, czy mówię to dla sprowokowania, czy dla oświecenia.
Spodziewam się rozmaitych reakcji ze strony byłej dziewczyny. Wrzasków jak sprzed kilkunastu tygodni, jakiegoś wazonu lądującego z łoskotem na podłodze, wszystkiego. Ale nie ponownego wykwitu wesołości na jej twarzy i wzruszenia ramionami.
- To nic - delikatnie klepie mnie po policzku. - Przecież nawet to jest do wybaczenia.
- Tyle że ja ci twoich grzechów nie wybaczyłem.
Walizka, którą chciała wtaszczyć do naszej wspólnej sypialni, ląduje z powrotem na panelach. Topi we mnie swoje czekoladowe spojrzenie i ani śni odwrócić wzrok. Chociaż na momencik. Jeszcze bardziej wszystko utrudnia.
- O czym ty mówisz? Jakie grzechy?
- Milena - kręcę jedynie głową z dezaprobatą. - Proszę cię, opuść to mieszkanie.
Wyrazu jej twarzy nie da się opisać słowami. Wypalanie na skórze jakiś egipskich hieroglifów? Kastrowanie kota na jej oczach? Nawet takie sytuacje nie oddają miny, która wkradła się na jej lico.
- Michaś - próbuje ponownie musnąć mnie dłonią, ale odsuwam się o kilka centymetrów. - Powiedz mi, dlaczego? Co ja takiego zrobiłam? Wiem, powinnam najpierw zapytać, kim jest ta dziewczyna, ale to zdjęcie nie pozwoliło mi logicznie myśleć.
- Nie interesuję mnie, co hulało w twojej głowie. Interesuję mnie to, co pokazałaś mi osobiście. Pokazałaś mi, że w ogóle nie ufasz, że żadna chwila swobody nie będzie z twojej strony tolerowana. Mila, ja tak nie mogę.
Zaciska wargi. Walczy z wybuchem płaczu, widzę to po jej szklących się oczach. Kilka tygodni wcześniej z pewnością zreflektowałbym się w zarzutach, przytulił do piersi i zanurzył palce w jej gęstych włosach. A teraz? Teraz czuję zupełną obojętność.
- Mogę ci zadać jedno pytanie? - jej głos jest niezwykle chrapliwy.
- Pytaj.
- Kochasz mnie jeszcze?
Konsternacja. Tylko tyle mogę powiedzieć na temat tego, co dzieje się w mojej głowie. Przebiegają tysiące myśli związanych z Włoszką, przebiegają wspólne chwile, wakacje, rozterki. Ale wraz z tym przebiega również i miłość. Czuję, jak niewidzialne kajdany całkowicie uwalniają moje ręce i nogi. Czuję, że już całkowicie uwolniłem się od uzależnienia w postaci brunetki.
- Nie, Milena. Już nie.
- A ją kochasz? - tą kwestią kompletnie zbija mnie z pantałyku. - Tą, która była u ciebie przed moim przybyciem?
- Nie wiem - odpowiadam jak z automatu.
- To się dowiedz. Niech przynajmniej ona będzie szczęśliwa. A ty nie popełniaj tego samego błędu co ja. Ratuj to, o co warto walczyć.
Dzwonek do drzwi roznosi się po całym mieszkaniu. Pewna, że to Marlena wraz z moimi rzeczami z biura, automatycznie pociągam za klamkę. Po raz kolejny popełniam kategoryczny błąd. Bo za frontem wcale nie ma mojej współpracowniczki. Bynajmniej. To nawet nie jest kobieta. To Michał.
- Nie mam czasu na rozmowę, właśnie się wypro... - nie daje mi dokończyć. Przysysa się do moich warg i delikatnie je przygryza. A ja? Nawet nie mam siły go odepchnąć, już nie wspominając o ochocie.
- Po co to zrobiłeś? - pytam zdezorientowana. - Chciałeś sam sobie udowodnić, że możesz oczarować każdą? Wobec tego gratulacje, udało ci się.
- Dobrze wiesz, że to nie tak.
- A jak? Przyjechałeś tu tylko po to, aby oznajmić mi, że wracasz do Mileny, a w międzyczasie skorzystałeś z okazji i po raz kolejny mnie pocałowałeś?
- Wyrzuciłem Milenę.
Mrugam ze zdwojoną szybkością, analizując to, co mi przed chwilą powiedział. I jakoś nie potrafię tego logicznie uporządkować.
- Dlaczego?
- Bo to nie o niej myślę każdego poranka, bo to nie ona zaprząta każdą myśl w mojej głowie, bo to nie ona w pewien sposób odciąga mnie od siatkówki, bo to nie ona jest dla mnie wszystkim.
- A kto? - stać mnie tylko na pytanie retoryczne.
- Ty, Weroniko. Nie wiem, czy to miłość, czy zauroczenie, ale wiedz jedno. Wariuję przy tobie i chcę spróbować. Chcę spróbować wegetować przy tobie już do końca.
Milczę. Jego słowa jakby sparaliżowały moje struny głosowe. Z zewnątrz jestem głazem, ale wewnątrz rozsadza mnie hiperboliczna radość. Radość na wieść o tym, że w końcu jakiemuś facetowi zależy na mnie w innej formie niż tylko łóżkowej.
- A zabierzesz mnie do Włoch?
Odgarnia kępkę włosów z mojego policzka.
- Pokażę ci Włochy, o których nigdy ci się jeszcze nie śniło.
Będę tęsknić za tą historią? Jak za każdą. Bo każda zawiera w sobie cząstkę mnie, chociażby taką malutką.
Dziękuję tym, które trwały tu ze mną od początku, dziękuję tym, które nadrabiały i po czasie również śledziły los tej pary, dziękuję wszystkim czytającym. Nawet nie wiecie, jaką sprawia przyjemność fakt, że tyle osób można zgromadzić poprzez zwykłe bazgranie pierdołów. A to cieszy, tak cholernie.
Przechodziłam rozmaite perypetie z tym opowiadaniem, świrowałam z regularnością, zmieniałam fabułę, przestawiałam fakty. Niemniej jednak cieszę się, że po raz kolejny udało mi się dotrzeć do końca.
A jeżeli komuś się nie znudziłam, tak jak i moje ciągłe marudzenie, to zapraszam na historię Lukrecji i Łukasza, o tutaj. Postaram się ją skończyć, mimo iż marnie odbije się to na moim zdrowiu i psychice.
Jeszcze raz dziękuję, za wszystko. :*
- Kto to był? - z natłoku myśli wyrywa mnie pytanie Włoszki. Na jej twarzy nie ma już gigantycznego uśmiechu, a w oczach nie hulają iskierki szczęścia. Radość zastąpił niepokój.
- Moja dobra koleżanka. Bardzo dobra - nie wiem, czy mówię to dla sprowokowania, czy dla oświecenia.
Spodziewam się rozmaitych reakcji ze strony byłej dziewczyny. Wrzasków jak sprzed kilkunastu tygodni, jakiegoś wazonu lądującego z łoskotem na podłodze, wszystkiego. Ale nie ponownego wykwitu wesołości na jej twarzy i wzruszenia ramionami.
- To nic - delikatnie klepie mnie po policzku. - Przecież nawet to jest do wybaczenia.
- Tyle że ja ci twoich grzechów nie wybaczyłem.
Walizka, którą chciała wtaszczyć do naszej wspólnej sypialni, ląduje z powrotem na panelach. Topi we mnie swoje czekoladowe spojrzenie i ani śni odwrócić wzrok. Chociaż na momencik. Jeszcze bardziej wszystko utrudnia.
- O czym ty mówisz? Jakie grzechy?
- Milena - kręcę jedynie głową z dezaprobatą. - Proszę cię, opuść to mieszkanie.
Wyrazu jej twarzy nie da się opisać słowami. Wypalanie na skórze jakiś egipskich hieroglifów? Kastrowanie kota na jej oczach? Nawet takie sytuacje nie oddają miny, która wkradła się na jej lico.
- Michaś - próbuje ponownie musnąć mnie dłonią, ale odsuwam się o kilka centymetrów. - Powiedz mi, dlaczego? Co ja takiego zrobiłam? Wiem, powinnam najpierw zapytać, kim jest ta dziewczyna, ale to zdjęcie nie pozwoliło mi logicznie myśleć.
- Nie interesuję mnie, co hulało w twojej głowie. Interesuję mnie to, co pokazałaś mi osobiście. Pokazałaś mi, że w ogóle nie ufasz, że żadna chwila swobody nie będzie z twojej strony tolerowana. Mila, ja tak nie mogę.
Zaciska wargi. Walczy z wybuchem płaczu, widzę to po jej szklących się oczach. Kilka tygodni wcześniej z pewnością zreflektowałbym się w zarzutach, przytulił do piersi i zanurzył palce w jej gęstych włosach. A teraz? Teraz czuję zupełną obojętność.
- Mogę ci zadać jedno pytanie? - jej głos jest niezwykle chrapliwy.
- Pytaj.
- Kochasz mnie jeszcze?
Konsternacja. Tylko tyle mogę powiedzieć na temat tego, co dzieje się w mojej głowie. Przebiegają tysiące myśli związanych z Włoszką, przebiegają wspólne chwile, wakacje, rozterki. Ale wraz z tym przebiega również i miłość. Czuję, jak niewidzialne kajdany całkowicie uwalniają moje ręce i nogi. Czuję, że już całkowicie uwolniłem się od uzależnienia w postaci brunetki.
- Nie, Milena. Już nie.
- A ją kochasz? - tą kwestią kompletnie zbija mnie z pantałyku. - Tą, która była u ciebie przed moim przybyciem?
- Nie wiem - odpowiadam jak z automatu.
- To się dowiedz. Niech przynajmniej ona będzie szczęśliwa. A ty nie popełniaj tego samego błędu co ja. Ratuj to, o co warto walczyć.
~*~
W błyskawicznym tempie wrzucam wszystkie ubrania i przedmioty, które udało mi się uzbierać podczas pobytu w Jastrzębiu. Upycham plątaninę rzeczy materialnych do walizek, usilnie starając się je zapiąć. Uciekam, ponownie. Nie potrafię z detalami wyjaśnić, dlaczego to robię. Jednak z pewnością punktem kulminacyjnym owego zwiewania jest Michał. Zaufałam mu, liczyłam na coś więcej, myślałam, że w końcu trafiłam na kogoś, kto chce zbudować coś dłuższego, trwalszego. Niestety, pomyliłam się po raz kolejny. Dlaczego muszę trafiać na takich, którzy nie rozumieją kobiecych potrzeb? Dlaczego muszę trafiać na takich, którzy traktują przedstawicielkę płci żeńskiej jak zabawkę, którą w każdej chwili mogą wymienić na lepszy model? Czy mam na plecach przyklejoną kartkę z napisem Dziewczyna na minutkę? Czy to takie skomplikowane ze strony Boga, aby podłożyć mi takiego, który rzeczywiście będzie wart mojej uwagi? Najwidoczniej. Najwidoczniej jestem pazerną pomyłką losu, popychadłem, które w każdej chwili można ograniczyć, i to w każdej sprawie. Najwidoczniej nie jest mi dane żyć tak jak połowie społeczeństwa.Dzwonek do drzwi roznosi się po całym mieszkaniu. Pewna, że to Marlena wraz z moimi rzeczami z biura, automatycznie pociągam za klamkę. Po raz kolejny popełniam kategoryczny błąd. Bo za frontem wcale nie ma mojej współpracowniczki. Bynajmniej. To nawet nie jest kobieta. To Michał.
- Nie mam czasu na rozmowę, właśnie się wypro... - nie daje mi dokończyć. Przysysa się do moich warg i delikatnie je przygryza. A ja? Nawet nie mam siły go odepchnąć, już nie wspominając o ochocie.
- Po co to zrobiłeś? - pytam zdezorientowana. - Chciałeś sam sobie udowodnić, że możesz oczarować każdą? Wobec tego gratulacje, udało ci się.
- Dobrze wiesz, że to nie tak.
- A jak? Przyjechałeś tu tylko po to, aby oznajmić mi, że wracasz do Mileny, a w międzyczasie skorzystałeś z okazji i po raz kolejny mnie pocałowałeś?
- Wyrzuciłem Milenę.
Mrugam ze zdwojoną szybkością, analizując to, co mi przed chwilą powiedział. I jakoś nie potrafię tego logicznie uporządkować.
- Dlaczego?
- Bo to nie o niej myślę każdego poranka, bo to nie ona zaprząta każdą myśl w mojej głowie, bo to nie ona w pewien sposób odciąga mnie od siatkówki, bo to nie ona jest dla mnie wszystkim.
- A kto? - stać mnie tylko na pytanie retoryczne.
- Ty, Weroniko. Nie wiem, czy to miłość, czy zauroczenie, ale wiedz jedno. Wariuję przy tobie i chcę spróbować. Chcę spróbować wegetować przy tobie już do końca.
Milczę. Jego słowa jakby sparaliżowały moje struny głosowe. Z zewnątrz jestem głazem, ale wewnątrz rozsadza mnie hiperboliczna radość. Radość na wieść o tym, że w końcu jakiemuś facetowi zależy na mnie w innej formie niż tylko łóżkowej.
- A zabierzesz mnie do Włoch?
Odgarnia kępkę włosów z mojego policzka.
- Pokażę ci Włochy, o których nigdy ci się jeszcze nie śniło.
***
No to ten, koniec. Koniec historii Michała i Weroniki.Będę tęsknić za tą historią? Jak za każdą. Bo każda zawiera w sobie cząstkę mnie, chociażby taką malutką.
Dziękuję tym, które trwały tu ze mną od początku, dziękuję tym, które nadrabiały i po czasie również śledziły los tej pary, dziękuję wszystkim czytającym. Nawet nie wiecie, jaką sprawia przyjemność fakt, że tyle osób można zgromadzić poprzez zwykłe bazgranie pierdołów. A to cieszy, tak cholernie.
Przechodziłam rozmaite perypetie z tym opowiadaniem, świrowałam z regularnością, zmieniałam fabułę, przestawiałam fakty. Niemniej jednak cieszę się, że po raz kolejny udało mi się dotrzeć do końca.
A jeżeli komuś się nie znudziłam, tak jak i moje ciągłe marudzenie, to zapraszam na historię Lukrecji i Łukasza, o tutaj. Postaram się ją skończyć, mimo iż marnie odbije się to na moim zdrowiu i psychice.
Jeszcze raz dziękuję, za wszystko. :*
12. Tylko nie wrzeszcz i nie pytaj, dlaczego kolejka do zagrywki ominęła libero.
Dookoła mnie, a raczej krzesełka, na którym siedzę, biegają chmary dzieciaczków poubieranych na pomarańczowo. Wrzaski, piski i inne odgłosy, których wręcz nie potrafię nazwać, łączą się z uderzeniami w bębny, przez co dźwiękowo maltretują moje bębenki uszne.
Pierwszy raz w swoim prawie trzydziestoletnim życiu goszczę na meczu siatkówki. Aby nie narobić sobie ogólnikowego wstydu, przestudiowałam w internecie główne zasady tej gry. W końcu na przebijaniu głową i serwowaniu z połowy boiska, jak to się działo za moich dziecięcych lat, rodowita siatkówka nie polega. A moja edukacja i praktyka związana z tą dyscypliną skończyła się wraz z zakończeniem szkoły podstawowej.
- Tylko nie wrzeszcz i nie pytaj, dlaczego kolejka do zagrywki ominęła libero – kpi ze mnie Marlena, przeżuwając cebulowe chrupki.
Wywracam teatralnie oczami, wpatrując się w parkiet.
- A te dwa patyki to nie uszy siatki, to antenki.
- Aż tak ułomna nie jestem – patrzę na nią ze złością.
Dziewczyna jedynie wzrusza ramionami, ładując do ust kolejną porcję chipsów. Ewidentnie chce ze mnie zrobić kobietę, która przychodzi na mecz wyłącznie dla siatkarzy, a nie sportowego widowiska. Cóż, przecież jej nie powiem, że po części ma rację. Bo gdyby nie pewien pan o ponad dwóch metrach wzrostu i z jedynką na koszulce, najprawdopodobniej w tym momencie siedziałabym przed telewizorem, po raz enty oglądając Titanica. Ewentualnie przeglądając w sieci tanie oferty wycieczek do Włoch.
Minuty płyną, a ja wzrokiem wodzę tylko i wyłącznie za postacią Michała, tak jakby inni zawodnicy na parkiecie nie istnieli. Zachwycam się jego atomową zagrywką, zachwycam się jego piekielnie mocnymi atakami, zachwycam się jego radością po zablokowaniu przeciwnika. Zachwycam się całą jego kwintesencją, jaką emanuje na boisku. Kwintesencją, która po części pomaga po raz kolejny wygrać naszej stołecznej drużynie.
Kierując się w stronę Weroniki, czuję na całym ciele palące spojrzenia innych osobników płci żeńskiej. Przez każde spotkanie ich tęczówek z moimi plecami przepływa słowo zazdrość. Boli, w szczególności te, które marzą o mojej osobie w swoim domu, o obrocie sytuacji niczym z kiczowatej komedii romantycznej. I nawet choćbym chciał jakoś temu zaradzić, nie mogę. Bo to Wróblewską darzę jakimś gorącym uczuciem, a nie jedną z tysiąca fanek.
Nie potrafię powiedzieć,co nas łączy. Nie jesteśmy ani parą, ani przyjaciółmi. Jesteśmy kimś pomiędzy, kimś, na kogo współczesna nauka nie ma jakiejś indywidualnej nazwy. Rozśmieszamy się nazwajem, wysłuchujemy problemów z przeszłości, przytulamy, czasami nawet i całujemy, tak dla pokrzepienia. Ale czy to aby na pewno jest to, co określamy mianem miłość?
- Gratuluję wygranego meczu – słyszę jej ciepły głos i ręce zaplatające się na mojej szyi.
Nic nie mówię. Uśmiecham się do niej i pozwalam utonąć w moich ramionach. W miejscu, gdzie powinna być już zawsze.
Jej wysokie obcasy wystukują tak przyjemną dla uszu melodię na panelach mojego mieszkania. Ze słodkim rogalikiem na buzi przemierza każdy jego metr kwadratowy, imając się materialnych przedmiotów.
- Wszyskie te medale, statuetki, puchary należą tylko i wyłącznie do ciebie? – wskazuje palcem na obłożoną nagrodami szafkę.
W odpowiedzi kiwam jedynie głową. Niosę do salonu dwa kubki parującej cieszy o pospolitej nazwie kawa. Weronika zajmuje na kanapie miejsce obok mnie. Ciągniemy po łyku z naczynia, rozkoszując się błogą ciszą. Ciszą, która i tak nie trwa za długo.
- We Włoszech jest równie pięknie jak na tych wszystkich fotografiach, które hulają po internecie? – pyta, po raz kolejny zamaczając usta w ciemnym płynie.
- Nie – unosi brwi, słysząc to lakoniczne słowo. – Na żywo jest jeszcze piękniej.
Cieszę się jej szczerym uśmiechem, cieszę się jej troską o moje samopoczucie, cieszę się jej ciągłymi opowiastkami sprzed lat. Cieszę się nią. Czymś, co ma być zaraz mi tak brutalnie odebrane.
Melodyjka dzwonka do drzwi roznosi się po mieszkaniu. Z hiperboliczną niechęcią kieruję się do wejścia. Spodziewam się każdego, nawet istoty z odległej galaktyki. Ale na pewno nie jej. Nie Mileny, która właśnie w tym momencie stoi na moim progu.
- Michaś! – rzuca mi się na szyję, chwytając moją twarz w swoje aksamitne dłonie. – Kochanie, tak bardzo cię przepraszam. Przepraszam, że cię wtedy zostawiłam, przepraszam, że powiedziałam tyle złych słów, przepraszam za wszystko. Wiem, że schrzaniłam sprawę, ale proszę cię, daj mi drugą szansę.
- Przecież rzekomo nie chcesz mnie znać – tylko tyle udaje mi się wyrzucić z siebie. Faza szoku, w jakiej tkwię, jest przeogromna.
- Sophie mi wszystko wyjaśniła. Byłam wściekła, kiedy zobaczyłam to zdjęcie w internecie. Jednakże teraz mam pewność co do twojej niewinności.
Nie zdążam nawet zareagować. Włoszka, jakby spragniona czułości, automatycznie przysysa się do moich warg. Nie czuję już jednak tej adrenaliny, nie czuję motylków szalejących w jamie brzusznej. Czuję obrzydzenie.
Wpatruję się w jej oczy tylko przez sekundę. Przez następne kilkanaście mój wzrok analizuje niewysoką brunetkę wypadającą z hukiem z mojego mieszkania. Widziała. Widziała to, co się przed chwilą stało.
Poczekajcie do epilogu, który jest następnym, i oczywiście ostatnim, odcinkiem.
Będzie mała zamiana kolejności. Najpierw Michał, potem Weronika.
Resovio, ogarnijże się i chociaż dojdź do tego półfinału, o nic więcej nie proszę. Przegraliśmy dwie bitwy, ale nie przegraliśmy wojny. :)
Skoczy ktoś za mnie do prosektorium? :)
Pierwszy raz w swoim prawie trzydziestoletnim życiu goszczę na meczu siatkówki. Aby nie narobić sobie ogólnikowego wstydu, przestudiowałam w internecie główne zasady tej gry. W końcu na przebijaniu głową i serwowaniu z połowy boiska, jak to się działo za moich dziecięcych lat, rodowita siatkówka nie polega. A moja edukacja i praktyka związana z tą dyscypliną skończyła się wraz z zakończeniem szkoły podstawowej.
- Tylko nie wrzeszcz i nie pytaj, dlaczego kolejka do zagrywki ominęła libero – kpi ze mnie Marlena, przeżuwając cebulowe chrupki.
Wywracam teatralnie oczami, wpatrując się w parkiet.
- A te dwa patyki to nie uszy siatki, to antenki.
- Aż tak ułomna nie jestem – patrzę na nią ze złością.
Dziewczyna jedynie wzrusza ramionami, ładując do ust kolejną porcję chipsów. Ewidentnie chce ze mnie zrobić kobietę, która przychodzi na mecz wyłącznie dla siatkarzy, a nie sportowego widowiska. Cóż, przecież jej nie powiem, że po części ma rację. Bo gdyby nie pewien pan o ponad dwóch metrach wzrostu i z jedynką na koszulce, najprawdopodobniej w tym momencie siedziałabym przed telewizorem, po raz enty oglądając Titanica. Ewentualnie przeglądając w sieci tanie oferty wycieczek do Włoch.
Minuty płyną, a ja wzrokiem wodzę tylko i wyłącznie za postacią Michała, tak jakby inni zawodnicy na parkiecie nie istnieli. Zachwycam się jego atomową zagrywką, zachwycam się jego piekielnie mocnymi atakami, zachwycam się jego radością po zablokowaniu przeciwnika. Zachwycam się całą jego kwintesencją, jaką emanuje na boisku. Kwintesencją, która po części pomaga po raz kolejny wygrać naszej stołecznej drużynie.
~*~
Z iskierkami w oczach rozglądam się po trybunach. Widzę mnóstwo dzieci, nastolatków, dorosłych i osoby starsze. Stają się oni dla mnie przezroczyści, kiedy w jednym sektorze zauważam ją. Przyszła, tak, jak mi to obiecała.Kierując się w stronę Weroniki, czuję na całym ciele palące spojrzenia innych osobników płci żeńskiej. Przez każde spotkanie ich tęczówek z moimi plecami przepływa słowo zazdrość. Boli, w szczególności te, które marzą o mojej osobie w swoim domu, o obrocie sytuacji niczym z kiczowatej komedii romantycznej. I nawet choćbym chciał jakoś temu zaradzić, nie mogę. Bo to Wróblewską darzę jakimś gorącym uczuciem, a nie jedną z tysiąca fanek.
Nie potrafię powiedzieć,co nas łączy. Nie jesteśmy ani parą, ani przyjaciółmi. Jesteśmy kimś pomiędzy, kimś, na kogo współczesna nauka nie ma jakiejś indywidualnej nazwy. Rozśmieszamy się nazwajem, wysłuchujemy problemów z przeszłości, przytulamy, czasami nawet i całujemy, tak dla pokrzepienia. Ale czy to aby na pewno jest to, co określamy mianem miłość?
- Gratuluję wygranego meczu – słyszę jej ciepły głos i ręce zaplatające się na mojej szyi.
Nic nie mówię. Uśmiecham się do niej i pozwalam utonąć w moich ramionach. W miejscu, gdzie powinna być już zawsze.
Jej wysokie obcasy wystukują tak przyjemną dla uszu melodię na panelach mojego mieszkania. Ze słodkim rogalikiem na buzi przemierza każdy jego metr kwadratowy, imając się materialnych przedmiotów.
- Wszyskie te medale, statuetki, puchary należą tylko i wyłącznie do ciebie? – wskazuje palcem na obłożoną nagrodami szafkę.
W odpowiedzi kiwam jedynie głową. Niosę do salonu dwa kubki parującej cieszy o pospolitej nazwie kawa. Weronika zajmuje na kanapie miejsce obok mnie. Ciągniemy po łyku z naczynia, rozkoszując się błogą ciszą. Ciszą, która i tak nie trwa za długo.
- We Włoszech jest równie pięknie jak na tych wszystkich fotografiach, które hulają po internecie? – pyta, po raz kolejny zamaczając usta w ciemnym płynie.
- Nie – unosi brwi, słysząc to lakoniczne słowo. – Na żywo jest jeszcze piękniej.
Cieszę się jej szczerym uśmiechem, cieszę się jej troską o moje samopoczucie, cieszę się jej ciągłymi opowiastkami sprzed lat. Cieszę się nią. Czymś, co ma być zaraz mi tak brutalnie odebrane.
Melodyjka dzwonka do drzwi roznosi się po mieszkaniu. Z hiperboliczną niechęcią kieruję się do wejścia. Spodziewam się każdego, nawet istoty z odległej galaktyki. Ale na pewno nie jej. Nie Mileny, która właśnie w tym momencie stoi na moim progu.
- Michaś! – rzuca mi się na szyję, chwytając moją twarz w swoje aksamitne dłonie. – Kochanie, tak bardzo cię przepraszam. Przepraszam, że cię wtedy zostawiłam, przepraszam, że powiedziałam tyle złych słów, przepraszam za wszystko. Wiem, że schrzaniłam sprawę, ale proszę cię, daj mi drugą szansę.
- Przecież rzekomo nie chcesz mnie znać – tylko tyle udaje mi się wyrzucić z siebie. Faza szoku, w jakiej tkwię, jest przeogromna.
- Sophie mi wszystko wyjaśniła. Byłam wściekła, kiedy zobaczyłam to zdjęcie w internecie. Jednakże teraz mam pewność co do twojej niewinności.
Nie zdążam nawet zareagować. Włoszka, jakby spragniona czułości, automatycznie przysysa się do moich warg. Nie czuję już jednak tej adrenaliny, nie czuję motylków szalejących w jamie brzusznej. Czuję obrzydzenie.
Wpatruję się w jej oczy tylko przez sekundę. Przez następne kilkanaście mój wzrok analizuje niewysoką brunetkę wypadającą z hukiem z mojego mieszkania. Widziała. Widziała to, co się przed chwilą stało.
***
No to ten, surprise! Nie linczujcie mnie jeszcze, proszę. :)
Miało być wczoraj, ale wiecie, po meczu psychika mi siadła.
Poczekajcie do epilogu, który jest następnym, i oczywiście ostatnim, odcinkiem.
Będzie mała zamiana kolejności. Najpierw Michał, potem Weronika.
Resovio, ogarnijże się i chociaż dojdź do tego półfinału, o nic więcej nie proszę. Przegraliśmy dwie bitwy, ale nie przegraliśmy wojny. :)
Skoczy ktoś za mnie do prosektorium? :)
11. Nie wiem, gdzie mieszka Weronika, ale wiem, że masz stąd spierdalać.
Niby kilkunastu facetów przewijających się przez biuro, niby stosy kartek wertowane przez przedstawicieli płci brzydkiej, niby setki ich oddechów mieszające się z powietrzem w pomieszczeniu, niby intensywny, męski zapach przebijający nawet ten kwiatowy.No właśnie, niby. Bo to, co dzieje się naprawdę, wydaje mi się być snem. A to, co siedzi w mojej głowie, automatycznie z niej wychodzi i jakby przeradza się w rzeczywistość.
Mam wrażenie, jakby tu był, jakby świdrował mnie tym swoim roztapiającym szare komórki spojrzeniem. Czuję, jak jego oddech ponownie muska moją szyję z niezwykłą finezją, a usta delikatnie stapiają się z moimi. Michałowe palce wędrują po mojej talii, a kępki włosów tak przyjemnie gilgoczą czoło.
- Weronika! – słyszę donośny krzyk i huk zatrzaskujących się drzwi.
Odwracam głowę w stronę Marleny ze zniesmaczeniem. Jej pokaźny brzuch unosi się miarowo, a twarz wręcz kipi ze złości.
- Czy ty mnie masz za idiotkę? – syczy, zaciskając wargi w wąską kreseczkę.
- Nie bardzo rozumiem.
Śmieje się gardłowo, znienacka uderzając pięściami o blat biurka. Herbata automatycznie opuszcza szklankę i ląduje drewnie, spływając po szufladach mebla.
- Nie znasz się na siatkówce, nie wiesz, kto to Łasko, tak?! W takim razie możesz mi wyjaśnić, co on tu robił w godzinach wieczornych i na dodatek dlaczego pytał o ciebie?
- To ty mu powiedziałaś, gdzie mieszkam?
- A co niby miałam zrobić? Mogłabym zachować się jak zimna suka i warknąć: Nie wiem, gdzie mieszka Weronika, ale wiem, że masz stąd spierdalać, tylko co by mi to dało? Bo na pewno nie wyidealizowaną satysfakcję z tego, że spłoszyłam ci najlepszą partię w mieście.
Milczę. Nie dlatego, że coś porządnie ściska mi krtań i blokuje struny głosowe. Dlatego że nie wiem, co mam jej powiedzieć.
- Dobra, przypuśćmy, że jakimś cudem Michał wpadł do Nieplatonicznych, zastał tu ciebie i tak oto rozpoczęła się wasza znajomość – wybucha gromkim śmiechem, analizując swoją wypowiedź. – Tylko na ile procent taka opcja jest możliwa?
- A jeżeli ci powiem, że na sto?
~*~
Ignoruję dające o sobie znać mięśnie. Ignoruję wrzaski trenera i ilość niecenzuralnych słów wypływających z jego ust. Ignoruję pajacowanie Kubiaka tuż przed moim nosem i pogwizdywanie Matteo. Ignoruję piłki lecące w moją stronę i uderzające w brzuch raz po raz. Ignoruję wszystko to, co w tej chwili dzieje się na tej hali. Póki co nie interesuję mnie taktyka na następne spotkanie, nie interesują mnie uwagi. Interesuję mnie niezbyt wysoka brunetka o czekoladowych oczach. Weronika.
Ten przypadkowy pocałunek hula w mojej głowie już od kilku dni. Na jego wspomnienie serce szaleje z radości, a organizm produkuje więcej adrenaliny. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Bynajmniej. Chciałbym go powtórzyć, i to nie jeden raz.
Wypadam z obiektu sportowego jak z procy, automatycznie kierując się do pobliskiej kwiaciarni. Zakupuję długą, herbacianą różę, tak idealnie komponującą się z jej muśniętą słońcem cerą. Nie wracając do mieszkania, aby odłożyć torbę treningową i spryskać się perfumami rangi Hugo Bossa, kieruję się na Katowicką. Tam, gdzie chciałem, chcę i nadal chciałbym być bardzo częstym gościem.
Otwiera drzwi, a na jej twarz wpływa rozczulający uśmiech. Wdycha finezyjny zapach, który wydziela kwiat. Machinalnie wsadza go do wody, a następnie całuje mój policzek. Robi to tylko po to, aby przesunąć się o centymetr i dotrzeć do moich warg. Z niepewnością przywiera swoje usta do moich. Z niepewnością, która po chwili znika. Tak samo jak moje logiczne myślenie na rzecz męskiego.
~*~
Wpatruje się w ekran telefonu z niedowierzaniem. Migająca na nim twarz brunetki kompletnie zbija go z pantałyku. Ślamazarnie przykłada komórkę marki Samsung do ucha, biorąc głęboki oddech.
- Czego chcesz? – warczy, nie pozwalając jej jako pierwszej dojść do głosu.
- Michał, wiem, że jesteś na mnie zły, ale proszę, pomóż mi. Poznałam tę całą Sophie, która powiedziała mi, co się tak naprawdę w tym klubie stało. Ja muszę go odzyskać.
- A po cholerę do mnie dzwonisz? To nie moja sprawa.
- Bo on ma non stop wyłączony telefon. Chcę wiedzieć tylko jedno. Nadal mieszka w naszym wspólnym mieszkaniu?
Waha się. Nie wie, czy zdradzenie tej informacji nie przyniesie na głowę kumpla samych problemów.
- Ta, mieszka – czuje, jak jego serce bije szybciej. Bije, z każdym kolejnym uderzeniem wyzywając go od idioty.
Rozłącza się. Rozłącza się z ogromnymi wyrzutami sumienia.
***
Znowu opóźnienie, nic nowego.
Dzisiaj wyjątkowo tak na trzy części.
Milena, ta, której nazwiska nigdy nie potrafię napisać, do was macha. ;)
justberry, Chyieke - to też zależy od uczelni. Na mojej jest zapierdol od października do czerwca. Nie mam tak dobrze jak ci, którzy uczą się tylko przed sesją. Ja muszę być z materiałem na bieżąco. A uwierzcie, mało tego nie jest. :) Jednakże samą medycynę polecam, bo na pewno jakaś praca po niej się znajdzie. Grunt w tym, czy wytrzyma się to wszystko psychicznie.
Przebywanie co najmniej dwa razy w ciągu miesiąca na Łuczniczce mi się widzi. Bardzo, bardzo. *.*
uwielbiam dzieci Marcina Wiki oraz Łomacza w swoim paskowanym sweterku. *.*
justberry, Chyieke - to też zależy od uczelni. Na mojej jest zapierdol od października do czerwca. Nie mam tak dobrze jak ci, którzy uczą się tylko przed sesją. Ja muszę być z materiałem na bieżąco. A uwierzcie, mało tego nie jest. :) Jednakże samą medycynę polecam, bo na pewno jakaś praca po niej się znajdzie. Grunt w tym, czy wytrzyma się to wszystko psychicznie.
Przebywanie co najmniej dwa razy w ciągu miesiąca na Łuczniczce mi się widzi. Bardzo, bardzo. *.*
uwielbiam dzieci Marcina Wiki oraz Łomacza w swoim paskowanym sweterku. *.*
10. Zbieraj tyłek, królewno. Książę Michał zabiera cię na spacer.
Jeszcze
tylko jedno pociągnięcie pędzelkiem, jeszcze tylko jeden czerwony szlaczek,
jeszcze tylko… Psia jego mać!
Wędrujemy
jastrzębskimi ulicami od piętnastu minut, rozkoszując się panującą dookoła
błogą ciszą.
Na
dźwięk donośnej melodyjki, która huczy w moich uszach, i krwisty lakier, i
połączone włókienka służące do muskania paznokci, wypadają z moich rąk. Klnę
siarczyście pod nosem, widząc czerwoną plamę na panelu i odpryśniętą kropkę na
palcu. A dzwonek nadal roznosi się po mieszkaniu.
Zamaszystym
krokiem kieruję się do wejścia, w międzyczasie grzebiąc przy niesfornym koku
zdobiącym czubek mojej głowy. Wolną dłonią pociągam za klamkę i machinalnie
dębieje. Facet z rozczochranymi włosami, świecącymi się tęczówkami i figlarnym
uśmiechem przyklejonym do twarzy. I to nie byle jaki facet. Sam Michał Łasko.
-
A co ty tu…? – nawet nie pozwala mi dokończyć.
-
Zbieraj tyłek, królewno. Książę Michał porywa cię na spacer.
-
Od jak dawna tu jesteś? – przecina chłodne powietrze swoim głosem.
-
Od miesiąca.
Kilka
minut spokoju.
-
Masz faceta?
-
Nie mam.
-
A szukasz?
-
Może.
Sto
dwadzieścia sekund świszczącego wiatru.
-
To szukasz czy nie?
Zatrzymuję
się gwałtownie.
-
Skąd taka nachalność? – pytam, świdrując go niepewnym spojrzeniem.
-
Ciekawy jestem, i tyle.
Wpatruję
się w moje stopy masakrujące pożółkłe liście. Toczę ze sobą wewnętrzną walkę.
Dalej rozwijać ten temat?
-
Chcę kogoś, kto będzie przy mnie w każdej godzinie, minucie, sekundzie – nie wiem,
w którym momencie usta i struny głosowe buntują się przeciwko mnie. – Chcę kogoś,
kto będzie mnie całował w czoło na powitanie, kogoś, kto przytuli do serca w
razie problemów, kogoś, kto tak po prostu nie zostawi.
-
Czyli poprzedni facet nie sprostał oczekiwaniom?
-
To nawet nie był facet. To była seks maszynka, niewyżyty ogier.
-
Ach tak. Mam rozumieć, że same stosunki?
Mruczę
pod nosem potwierdzające i lakoniczne słowo. Nie reaguję na deszcz moczący moje
włosy, nie reaguję na wodę lejącą się po moich ramionach. Reaguję dopiero
wtedy, kiedy jego rozbudowane barki przyciągają mnie do siebie i nakazują
wtulić się w jego ciepły tors i wdychać woń intensywnych perfum. Tak po prostu.
~*~
Trzymam
ją w ramionach, delikatnie głaskając po zlepiających się od wody włosach. Dlaczego
wdycham te damskie feromony, dlaczego wodzę po jej szyi, dlaczego jej
współczuję? Nie potrafię szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Może dlatego, że
jej historia pod względem melancholii bije moją na głowę? Może dlatego, że
teraz wstyd mi za męski ród, któremu tylko seks w głowie?
Odrywa
się ode mnie, uśmiechając z wdzięcznością. Dalej drepczemy, tym razem z
kapturami okalającymi czaszki, ulicami, wymijając powiększające się z każdą
chwilą kałuże. W taflach owej wody odbijają się światła ulicznych latarni, a
deszcz po raz enty w ciągu ostatniego tygodnia wystukuje swoje rytmiczne
melodie.Gorzej niż w Londynie.
-
Michał, mogę cię o coś zapytać? – jej głos po kilkuminutowym stukaniu kropel
wody jest niczym chleb dla łaknącego.
-
Śmiało.
-
Dlaczego przychodzisz do biura matrymonialnego? Przecież mógłbyś znaleźć sobie
kobietę w zupełnie innym miejscu.
-
Szczerze? Gdyby nie przedrzeźnianie moich klubowych kolegów to zapewne nigdy
bym się w nim nie znalazł. I uwierz, szukałem wszędzie. W najlepszych klubach,
w placówkach, gdzie pałęta się wiele panienek, nawet w parkach. Nigdzie nie
trafiłem na taką, która zdobyłaby moje uznanie.
-
U nas też nie. Przebierałeś w nich jak w worku ze skarpetkami.
Owe
porównanie wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy.
-
Może to będzie zbyt wścibskie z mojej strony – przygryza wargę, jednakże kontynuuje.
– Dlaczego nie jesteś z Mileną? Moja koleżanka z pracy ostatnio mówiła, że taka
wspaniała była z was para.
Sztylety.
Setki sztyletów wbijających się prosto w moje dopiero co poskładane serce. Kajdany
powracające na nadgarstki, zardzewiały łańcuch podrażniający skórę szyi. I
chyba tylko wyrzucenie z siebie tego, co siedzi we mnie od prawie dwóch
miesięcy jakoś zatamuje nawrót choroby. Choroby nazywanej uzależnienie od Włoszki.
- Nie powinnam była pytać, prawda?
- Nie powinnam była pytać, prawda?
Ignoruję
gryzącą ją kwestię. Wpatruję się w nawilżone płytki chodnika i głośno przełykam
ślinę.
-
To była impreza po jednym ze zwycięskich meczów. Wybrałem się na nią z kuzynką
pod nieobecność Mileny. Alkohol lejący się strumieniami. Nie wiem, jakim cudem
Sophie znalazła się na moich kolanach i pocałowała mnie w policzek. Niby nic
złego, jednakże nie dla mojej dziewczyny. Prawdziwe piekło rozpętało się
dopiero wtedy, kiedy zobaczyła tę scenerię przelaną w postaci fotografii na
portal plotkarski. Kłóciliśmy się, a to raczej ona kłóciła się ze mną przez co
najmniej trzy godziny. Wypominała mi wszystko to, co zrobiłem nie tak w ciągu
ostatnich kilku miesięcy. A potem tak po prostu zabrała wszystkie swoje rzeczy
i wyjechała. Ot cała filozofia.
Kątem
oka spoglądam na Weronikę. Jej zmartwiona mina mówi wiele. Pociera dłonią moje
plecy i staje na palcach. Przybliża swoją twarz do mojej, zapewne chcąc złożyć
na skórze twarzy współczujący pocałunek. Nie pozwalam jej na to. W ostatniej
chwili odwracam głowę w stronę brunetki. Jej ciepłe wargi nie lądują na
policzku. Jej ciepłe wargi lądują na moich ustach. I jakoś zbyt szybko nie mają
zamiaru się oderwać.
***
Srutututu,
ale pierdolamento. Całe szczęście, że już kończymy.
A
ja? A ja mam epilog, ale wciąż nie wiem, czy go nie zmienić.
Następny we wtorek, gdyż w poniedziałek ponownie witam Łuczniczkę. Hej, hej, hej, Delecta. <3
Linko i malino, dziękuję bardzo za miłe słowa, ale i tak uważam, że na nie nie zasłużyłam. :)
Chyieke, tak, jestem na medycynie. I gdybym mogła cofnąć czas, nigdy bym na nią nie poszła. :)
Nie, kochane, następny odcinek to jeszcze nie epilog.
Następny we wtorek, gdyż w poniedziałek ponownie witam Łuczniczkę. Hej, hej, hej, Delecta. <3
Linko i malino, dziękuję bardzo za miłe słowa, ale i tak uważam, że na nie nie zasłużyłam. :)
Chyieke, tak, jestem na medycynie. I gdybym mogła cofnąć czas, nigdy bym na nią nie poszła. :)
Nie, kochane, następny odcinek to jeszcze nie epilog.
9. Co ci zrobiła ta kawa? Maltretujesz ją gorzej niż pedofil maleńkie dziecko.
Ostrożnie
chwytam za bandaż owinięty wokół mojej kostki i pomalutku go odwijam. Moim
oczom ukazują się trzy zaróżowione blizny i strużka skrzepniętej krwi. Przemywam
okaleczone kilkanaście dni wcześniej miejsce i dla bezpieczeństwa zakrywam
plastrem. Szramy, nawet i na nogach, w dzisiejszych czasach wyglądają
podejrzanie.
Merdam
łyżeczką w kubeczku z kawą, powodując osiadanie mlecznej pianki na brzegach
naczynia. Przyglądam się kofeinowemu napojowi, który z każdym ruchem sztućca
nabiera bardziej mlecznego koloru. Jeszcze kilka okrążeń, no i może szczypta
mleka, a zacznie przypominać odcień tęczówek Michała.
Łasko.
Samo jego przybycie do mojego miejsca pracy było jakimś totalnym paradoksem.
Facet, za którym szaleją setki kobiet w okolicy, wzór męskości, wulkan
testosteronu, mężczyzna, który mógłby poszczycić się haremem, w biurze
matrymonialnym, placówce, która pomoże mu odnaleźć miłość życia. Czy to nie
śmieszne?
Z
początku wzięłam to za dowcip. Czasami zdarza mi się słuchać Marleny, która
potrafi nadawać jak radiowy odbiornik, więc wiem, że tutejsi siatkarze są
posiadaczami nieziemskiego poczucia humoru. Nawet kilka razy przeleciało mi
przez głowę, że chłopina najzwyczajniej w świecie przegrał jakiś pospolity
zakład, a wizyta w Nieplatonicznych to miała być jego kara. Jakież było moje
zdziwienie, kiedy zniesmaczony Kasią pojawił się kolejny raz. I to nie jeden. O
ile dobrze liczę, próg biura przekroczył już co najmniej pięć razy. I do tej
pory żadna z potencjalnych kandydatek nie przypadła mu do gustu.
-
Halo, Ziemia do Weroniki! – z letargu wyrywa mnie głos współpracowniczki. – Co ci
zrobiła ta kawa? Maltretujesz ją gorzej niż pedofil maleńkie dziecko.
Spoglądam
do wnętrza kubka. Napój gęstością już nie przypomina tego z początku. Wręcz
przeciwnie. Wygląda jak woda, tyle że zabarwiona na brązowo.
-
Nic, po prostu się zamyśliłam – mruczę, odkładając plastikową łyżeczkę na blat.
-
Ostatnio coś często ci się to zdarza, nie sądzisz?
Odpowiadam
głośnym westchnięciem. Tak głośnym, że na dzień dobry mogłoby poruszyć kościami
zakopanymi kilometr pod wierzchnią warstwą gleby.
Nie moja wina, że myśli krążą tylko
wokół jednego osobnika, a raczej tego, co siedzi mu w głowie,
dopowiadam sobie i znów zatracam się w wyidealizowanym świecie. W moim świecie.
~*~
Kaśka,
Baśka, Maryśka, Klementyna i cholera wie, jaka jeszcze inna i o jakim imieniu. Niby
zjawiskowe, niby posiadaczki zachodniej urody, niby najlepsze partie w
magazynie biura. A gówno prawda. Może i urodą powalają, ale inteligencją już
niekoniecznie. Czekałem na ten moment, kiedy w końcu trafię na kobietę, która będzie
mi wciskać, że urolog leczy urojenia, że Waszyngton leży w Europie i że w
spotkaniu siatkarskim wbija się gole do bramki. Doczekałem się tego szybciej,
niż spodziewałem. Brąz na głowie, ale blond w mózgu i sercu.
Mam
wrażenie, że nie tylko ich niespotykane IQ jest moim największym mankamentem. W
każdej chwili – w czasie rozmowy, przy przeżuwaniu kolacji czy piciu wina, nie
myślałem o tej, która siedziała na drugim końcu stolika. Myślałem o tej, która
ją tu sprowadziła. O Weronice.
Po
raz kolejny odprowadzam kobietę pod jej mieszkanie. Po raz kolejny z wymuszonym
uśmiechem na ustach mówię, że jeszcze się zastanowię. Po raz kolejny wodzę za
jej znikającą sylwetką wzrokiem. Po raz kolejny wzdycham głęboko, wypełniając
chłodnawym powietrzem płuca. Po raz kolejny cieszę się, że owa katorga już się
zakończyła.
Nie
wiem, dlaczego tu jestem, nie wiem, jakim cudem nogi zaniosły mnie w tak często
odwiedzane miejsce. Stoję przed drzwiami Nieplatonicznych, jednak wcale nie mam
zamiaru utonąć w wszechobecnej czerwieni i zapachu kwiatów. Czekam. Czekam, aż
ona opuści swoje miejsce pracy.
Zimno
panujące na dworze wywołuje drżenie moich kolan, kostnienie palców i delikatne
rumieńce. Nie wywieszam jednakże białej flagi w stosunku do temperatury i
powietrza. Wytrwale czekam na jej pojawienie się.
Mija
piętnaście minut. Zza drzwi wyskakuje dosyć wysoka kobieta i szamocze się z
zamkiem. Nie jest to jednak Weronika, lecz jej zupełne przeciwieństwo. Na
dodatek w stanie błogosławionym.
-
Przepraszam? – stukam ją delikatnie w ramię.
Dziewczyna
automatycznie odskakuje. Jej oczy przybierają postać pięciozłotówek i świdrują
mnie niezbyt przyjemnym spojrzeniem.
-
Niech pan wybaczy, ale już zamknięte – bąka, jąkając się jak dziecko.
-
Ale ja tu przyszedłem nie w takim celu, o jakim pani myśli – tłumaczę. – Szukam
Weroniki, tej, co tu pracuje. Nie wie pani, gdzie mieszka?
-
Weronika Wróblewska? – kiwam potwierdzająco głową. – Mieszka do góry, nad
biurem. Niech pan wejdzie tymi sąsiednimi drzwiami i skieruje się pod mieszkanie
numer 6.
-
Dziękuję – posyłam w jej stronę wdzięczny uśmiech.
Biegnę
po schodach, coraz bardziej oddając się w świat przemyśleń. Po raz kolejny ją
zobaczę, ale nie za biurkiem i w roboczych ciuchach. Zobaczę ją w jej
prywatnych czterech ścianach.
***
Całe
szczęście, że nabazgrałam już to opowiadanie wcześniej, bo w tym natłoku zajęć
za cholerę nawet nie otworzyłabym Worda.
Mam nadzieję, że żadna z Was nie jest z okolic Gniezna, a przynajmniej nie przebywa w jednym z tutejszych szpitali. W każdym bądź razie, Caroline szaleje tam na praktykach, i cholernie jej się podoba. :) Bonusowo głupieje, bo pisze o sobie w trzeciej osobie, nic nowego.
Mam nadzieję, że żadna z Was nie jest z okolic Gniezna, a przynajmniej nie przebywa w jednym z tutejszych szpitali. W każdym bądź razie, Caroline szaleje tam na praktykach, i cholernie jej się podoba. :) Bonusowo głupieje, bo pisze o sobie w trzeciej osobie, nic nowego.
No
to pomalutku kończymy, chociaż epilog nadal stoi pod wielkim znakiem zapytania,
bo miałam ograniczyć szczęśliwe zakończenia do minimum.
Little Witch, imienniczko i rówieśniczko, moje opowiadania zawsze zaczynają się beznadziejnie i tak też kończą. :)
karolajn, opowiadanie o Kadziu się tworzy po nocach, także nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. :)
napisałam przez ostatnie dwie noce jakiegoś gniota, a przynajmniej jego część. zapoznanie z bohaterami tutaj.
Little Witch, imienniczko i rówieśniczko, moje opowiadania zawsze zaczynają się beznadziejnie i tak też kończą. :)
karolajn, opowiadanie o Kadziu się tworzy po nocach, także nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. :)
napisałam przez ostatnie dwie noce jakiegoś gniota, a przynajmniej jego część. zapoznanie z bohaterami tutaj.
8. Bo moje ślinianki buntują się przeciwko produkowaniu śliny na widok dwóch takich imbecyli.
Czy
zawsze ja muszę mieć w pracy takiego pecha? Na początku napaleni szefowie,
później upierdliwi faceci liczący na coś więcej poprzez wiadomości, a teraz
zbłaźnienie się przed filarem wojewódzkiej drużyny i odłamki szkła w nodze.
Świetnie, zajebiście wręcz.
Embouteillages, nie zrobisz tego Zbysiowi, nie możesz. :c Toż to cios poniżej pasa!
no to ten, wasza wiecznie zawodząca Karolina ma dwa tygodnie wolnego i postara się coś nabazgrać. no a potem sobie zniknie, chyba tak na zawsze. :)
-
Kurwa mać! – syczę pod nosem, siadając na podłodze. Zjedzona kilkanaście minut
temu bułka automatycznie podchodzi mi do gardła. Krew. Czerwona ciecz, która
przyprawia mój żołądek o wariacje.
-
Gdzie macie apteczkę? – z letargu wyrywa mnie głos Michała.
Drżącą
ręką wskazuje na ostatnią szufladkę przy biurku. Atakujący wyciąga z niej
niezbędny zestaw środków opatrunkowych i kuca obok mnie.
-
A pęsetę czy cokolwiek innego, czym można chwytać?
Momentalnie
dębieję.
-
Chcesz mi wyjąć to szkło samodzielnie?! – nawet nie zauważam, że zwracam się do
niego na ty.
-
Spokojnie. Przechodziłem przeszkolenie medyczne i wiem, jak to się robi.
Niepewnie
kiwam głową i mruczę, że moja prywatna pęseta leży na blacie, obok torebki. Nawet
nie musi się podnosić, jego potwornie długa ręka pozwala mu na zgarnięcie
przedmiotu z niższego poziomu.
-
Może trochę boleć – bąka, pochylając się nad moją nogą.
Słysząc
ostatnie słowo, odsuwam się od niego na kilka centymetrów.
-
Boi się pani? – spogląda na mnie jak na wariatkę. Nie moja wina, że wszelkie
igły, pęsety i inne medyczne cuda wiążące się ze słowem ból przyprawiają mnie o
dreszcze.
-
Mów mi Weronika. Tak, boję się. Boję się od dziecka. Nawet drzazgi nie
potrafiłam wyjąć z obawy przed jakimkolwiek bólem.
-
A ja jestem Michał – uśmiecha się słodko, a mi automatycznie robi się cieplej
na sercu. – Zrobimy tak. Jeżeli choć trochę cię zakłuje, porządnie uszczypnij
mnie w tę wolną rękę.
-
Niby po co?
-
Uwierz, świadomość, że kogoś boli w tym samym okresie czasowym co ciebie,
pomaga.
Już
po trzech minutach jestem uwolniona od odłamków szkła, a na mojej nodze dumnie
spoczywa bandaż. I jeżeli mam się pochwalić, to ani razu go nie ukąsiłam
paznokciami, chociaż przy ostatnim kawałku miałam ogromną ochotę to zrobić.
-
Nie wiem, jak mam ci dziękować.
-
To proste. Wystarczy, że zaproponujesz mi jakąś milutką panią do towarzystwa –
znów ten zniewalający uśmiech. Czyżbym się od niego uzależniła?
~*~
Wpatruję
się w nią bez przerwy, czy to kiedy sortuje magazyn, czy to kiedy patrzy mi
prosto w oczy i pyta o wymagania. Mam chwilowe rozdwojenie jaźni. Wiem, że
powinienem słuchać jej uważnie i wspólnie z nią zadecydować o kandydatce, ale w
łopatologiczny sposób nie mogę. Bo kiedy w mojej głowie przelatuje słowo
kobieta to nie widzę zjawiskowej i hojnie obdarzonej przez naturę blondynki czy
brunetki, nie widzę już Mileny. Widzę ją, tę o oliwkowej cerze, ciemnych
włosach i czekoladowych oczach. Widzę Weronikę.
-
W porządku? – szturcha mnie delikatnie w ramię, a ja automatycznie powracam do
rzeczywistości.
-
Wybacz, zamyśliłem się – spuszczam wzrok na miejsce, gdzie utkwiony jest jej
palec. Brunetka, bardzo podobna do niej, jednakże zdecydowanie niedorównująca.
-
Zauważyłam – uśmiecha się niewinnie, przerzucając wzrok na gazetę. – Znalazłam kogoś
o podobnych wymaganiach do twoich. Uwielbia podróże, sport i zwierzęta, marzy o
miłości aż po grób.
-
A imię?
-
Milena.
Mam
wrażenie, jakby ktoś w tym momencie władował we mnie cały magazynek nabojów. Nie
po to się staram zapomnieć, żeby teraz w jakiejś tam cząstce do tego powrócić.
-
Proszę, tylko nie to imię – mruczę, wpatrując się w Weronikę błagalnym spojrzeniem.
Kobieta
automatycznie przerzuca kartki. Zatrzymuje się na innej, rażąco podobnej do
poprzedniej.
-
To może Kasia? Siatkówka od lat jest jej największą pasją.
Delikatnie
mrużę ślepia. Na pierwszy rzut oka wydaje się być sympatyczna. Ale czy aby w
rzeczywistości jest podobnie?
-
Niech będzie – wyduszam w końcu z siebie mimo tego, że moje serce kategorycznie
odmawia.
-
Świetnie. Będzie na ciebie czekać w piątek w Sfinksie, tej okolicznej
restauracji. Osiemnasta pasuje?
-
Jak najbardziej.
-
W takim razie trzymam kciuki, żeby się udało – podnosi się z miejsca i podaje
mi dłoń. – Do zobaczenia, Michale.
-
Dziękuję – odwzajemniam uścisk. – Do zobaczenia, Weroniko.
Dziarskim
krokiem opuszczam biuro matrymonialne. Po przekroczeniu progu automatycznie
napadają na mnie hieny cmentarne w postaci Matteo i Simona.
-
Co tak długo? – buczy pierwszy z nich. – Już myślałem, że postanowiłeś
sprawdzić seksualne umiejętności kandydatki na tym czerwonym biurku.
Nawet
nie odpowiadam. Nie warto przemęczać strun głosowych na takiego troglodytę.
-
I jak? Zdecydowałeś się na jakąś? – do tej jakże inteligentnej konwersacji
dołącza Niemiec.
Kiwam
potwierdzająco głową.
-
Człowieku, czy ktoś tam tobie odciął język? Czemu nic nie mówisz?
Na
moje usta wpływa chytry uśmieszek.
-
Bo moje ślinianki buntują się przeciwko produkowaniu śliny na widok dwóch
takich imbecyli.
Nogi
same niosą mnie przez jastrzębskie ulice. Uciekam, jakby goniony przez
niecenzuralne słowa z ust Martino i Tischera.
***
Na
tak debilne pomysły to tylko Caroline wpada.
Weronika to taka jakby odwrotność
mnie. Bo ja na krew mogę patrzeć godzinami. *.*Embouteillages, nie zrobisz tego Zbysiowi, nie możesz. :c Toż to cios poniżej pasa!
no to ten, wasza wiecznie zawodząca Karolina ma dwa tygodnie wolnego i postara się coś nabazgrać. no a potem sobie zniknie, chyba tak na zawsze. :)
7. Prędzej wolałabym wydłubać człowiecze jelita z paszczy rekina ludojada.
Witaj, wielorybku. Umówimy się na
lodzika?
Wbijam
paznokcie w skórę twarzy. Normalny facet, kiedy kobieta nie okazuje
zainteresowania, po jakimś czasie olewa to, kupuje jakieś dobre piwo i napawa
się blondynkami uprawiającymi orgię na ekranie telewizora bądź komputera. Ale nie on. Natręt,
który zasypuje skrzynkę biura stosami wiadomości.
Nie interesuje mnie zawartość
twoich spodni.
Kto tu mówi o zawartości spodni?
Miałem na myśli te mleczne wytwory, złociutka.
A czy to, co nosisz pod bielizną,
nie wytwarza czegoś na wzór mleka?
O, widzę, że schodzimy na gorące
tematy.Chciałabyś posmakować tego nektaru?
Prędzej wolałabym wydłubać
człowiecze jelita z paszczy rekina ludojada.
Zazwyczaj
wokoło terenu Nieplatonicznych nie
kręci się zbyt wiele osób, poza pospolitymi przechodniami ulicznymi,
oczywiście. Wcześniej nikt nie chuchał nam na szyby, nikt nie przyklejał się do
nich z językiem wywalonym na wierzch, nikt nie piszczał jak dziewica. Aż do
teraz.
-
Cholera jasna, stado wyszło na pastwisko? – Marlena z przekąsem patrzy na
gromadę dziewczynek, szczerzącą się do kogoś przy drzwiach jak głupi do sera. –
Skąd tu ich tyle?
-
Nie wiem – mruczę, wpatrując się w ekran komputera. – Może napadły na jakąś
rozpoznawalną osobę?
-
To musiały akurat przy wejściu? Wszystkich klientów spłoszą!
-
Spokojnie, dostaną to, czego chcą i znikną.
Po
paru minutach cały
rozgardiasz milknie. Wataha zawziętych małolat znika, dziergając jakieś kartki
z bohomazami pod pachami. Spokój, można by rzec. Nie do końca.
Dzwoneczek
przy drzwiach ponownie zostaje wprawiony w ruch. Do moich nozdrzy dociera zapach
niezwykle przyjemnych perfum, jednakże nie podnoszę głowy. Wpatruję się w
monitor i zastanawiam, co odpisać temu żigolakowi, który po raz kolejny
przesłał dwuznaczną wiadomość.
-
E, dzień dobry? – słyszę donośny głos. Głos z obcym akcentem.
Ślamazarnie
odrywam się od ekranu i przerzucam wzrok na klienta. Chyba nie muszę mówić, że
w tym momencie przypominam coś na wzór lemura? Michał Łasko. Michał Łasko w
biurze matrymonialnym. Sen?
~*~
Cholerne
nastolatki! Siedziałem w parku, dostępny dla wszystkich – żadna nie podeszła. Ważna
sprawa, na łeb na szyję lecę do Nieplatonicznych
– wyskakują zza rogu jak Dracula. Rozumiem jedna, dwie, ale żeby od razu
dwanaście? Czyżby ich jedynym zajęciem poza uczęszczaniem do szkoły było
obserwowanie siatkarzy tutejszego klubu? Na to wygląda.
Nie
chcę wyjść na gbura, dlatego przyciskam mazak do podtrzymywanych przez nie
świstków papieru i składam autograf. Już po piątym mam dosyć, jednakże zaciskam
zęby i kreślę dalej. Taki urok życia siatkarza.
Stado piszczy, żywo tupta, wymachuje rękami i w końcu, zaspokojone w ten kibicowski sposób, znika. Wycieram
nieco zabrudzoną od pisaka dłoń, biorę głęboki oddech i ciągnę za klamkę. Czas
wziąć miłosną przyszłość w swoje ręce.
Gdzie
palcem tknąć – czerwień. Czerwone ściany, czerwone szafki, czerwone biurka,
nawet telefon dopasowany pod królujący tu kolor. Przechodzę przez korytarz,
trafiając do głównego pomieszczenia. Rozglądam się z ciekawością. Na korkowej
tablicy zdjęcia przeuroczych dziewczyn, na malutkich stoliczkach rozmaite
magazyny, do sufitu przyczepiona lampa w kształcie dwóch splecionych serc, a
dookoła intensywny, kwiatowy zapach. Zachęcająca atmosfera.
Kieruję
swój wzrok na brunetkę wegetującą przy komputerze. Porusza swoimi źrenicami
poziomo, tak, jakby coś czytała. Mam wrażenie, że jestem niewidzialny, że
oddałem ciało na rzecz przezroczystej poświaty. W ogóle na mnie nie patrzy,
jakby mnie tu nie było.
-
E, dzień dobry? – pytam, szczególnie naciskając na słowa powitania.
Niby
od niechcenia odrywa się od monitora. Dębieje, tak samo jak ja. Kobieta powód
ma, w końcu widok siatkarza w takim miejscu jest niecodzienny. A ja? A ja tonę
w jej czekoladowych oczach. I wcale nie zamierzam wołać o koło ratunkowe.
-
Dzień dobry! – gwałtownie podnosi się z miejsca. Zauważam, jak delikatnie dygocze na swoich wysokich szpilkach. – Niech pan usiądzie, ja zaraz wrócę.
Jej
gestykulacja jest zbyt obszerna, gdyż dłonią zahacza o szklankę stojącą na rogu
blatu. Oboje patrzymy, jak niebezpiecznie chwieje się, a następnie spada na
podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Kawałki szkła odbijają się od ziemi i
wbijają w coś miękkiego i aksamitnego. W nogę brunetki.
***
Nie
lubię pisać takich krótkich rozdziałów, ale, cholera, nic więcej do nich nie
dołożę, bo to opowiadanie skończyłoby się po dwóch tygodniach.
Hm, Caroline znów nawala. Normalka? Chyba tak.
Obiecałam komuś, że to opowiadanie skończę, i tak zrobię. A co z perwersją? Pojęcia nie mam.
Czas poukładać sobie życie i z czegoś zrezygnować. Albo czytanie waszych opowiadań, albo pisanie swoich. Chyba nie muszę mówić, co wybiorę?
Przemilutkie spędzanie urodzin na Łuczniczce. I to niesamowite uczucie, kiedy cała hala śpiewa Sto lat zawodnikowi, a ty myślisz, że to do ciebie. ;)
Dwie dwójeczki na koncie, ech, jak te lata lecą.
Hm, Caroline znów nawala. Normalka? Chyba tak.
Obiecałam komuś, że to opowiadanie skończę, i tak zrobię. A co z perwersją? Pojęcia nie mam.
Czas poukładać sobie życie i z czegoś zrezygnować. Albo czytanie waszych opowiadań, albo pisanie swoich. Chyba nie muszę mówić, co wybiorę?
Przemilutkie spędzanie urodzin na Łuczniczce. I to niesamowite uczucie, kiedy cała hala śpiewa Sto lat zawodnikowi, a ty myślisz, że to do ciebie. ;)
Dwie dwójeczki na koncie, ech, jak te lata lecą.
Tak
na wszelki wypadek – nie biorę odpowiedzialności za to coś na górze. Pisane
przy piosenkach Lady Pank, także tego, bardzo podzielna uwaga była.
6. Pieprzysz się na dzień dobry czy trzeba z tobą chodzić?
Muskam
palcami narzutę łóżka, blat kuchenny, drewniany front od łazienki, wszystko,
czego imam się na co dzień. Wyobrażam sobie, jak tych samych przedmiotów
dotykają męskie dłonie, a w następstwie dziecięce. Wyobrażam sobie, jak maleństwa
drepczą po panelach, a ich śmiech roznosi się po całym mieszkaniu, natomiast
pomrukiwania męża zamykają się tylko w czterech kątach sypialni. Wyobrażam
sobie, jak siadamy przy jednym stole, wspólnie tarzamy się po podłodze,
wspólnie chichoczemy do rozpuku. Wyobrażam sobie to wszystko, bo mój własny,
prywatny świat jest łaskawszy od tego rzeczywistego.
Życie
wielokrotnie rzucało mi kłody pod nogi, wielokrotnie podawało nóż zamiast
pomocnej dłoni. Jak nie natarczywy szef to zdradliwy facet, jak nie zdradliwy
facet, to kolejne kłopoty w pracy. Mimo ciągłego natłoku problemów i
niedomówień nie potrafiłam patrzeć pesymistycznie na to, co mnie otacza. Rodzice
od maleńkości powtarzali mi, że niezależnie od sytuacji mam kroczyć z uśmiechem
na ustach, dumnie pokazywać, że mimo doczesnych trosk potrafię się podnieść. I
tą wpojoną zasadą kieruję się po dziś dzień.
Na
ogół szczerzę się, chociażby do powietrza, non stop. Nie rozklejam się nad
błahostkami, nie rozpaczam nad codziennością, nie cofam się do tyłu. Staram się
żyć dynamicznie. Istnieje jednakże jeden aspekt, który potrafi zmazać wieczny
uśmiech z mojego lica, który potrafi spędzić sen z powiek? Mianowicie. Wizja
starości. Wizja samotnej starości.
Moje
poprzednie związki to nie była sielanka, spacerki o zachodzie słońca,
zasypianie w ramionach ukochanego, wspólne śniadania i kolacje. Byli mężczyźni
to nie przystojniacy z babskich magazynów, Adonisi o twarzach jak z marmuru. Moje
wcześniejsze miłostki opierały się głównie na seksie, na spełnianiu męskich,
erotycznych zachcianek.A ci faceci? Zupełni przeciętniacy, jakich pełno na
ulicach. Co najwyżej raz na jakiś czas zdarzył się ktoś z wyższej półki, ale
znikał równie szybko, co się pojawił.
Siadam
na bujanym fotelu, trzymając w obu dłoniach pamiątkowy album. Przewracam strony
ze zdjęciami. Na moją twarz automatycznie wpływają różnorodne uśmiechy, raz
uśmiech wstydu, raz obrzydzenia. Rafał, Andrzej, Michał, szef z biura
rachunkowego, Wojtek, Piotrek, szef z oddziału marketingu, znowu Michał, znowu
szef. Większość osób po tak zawrotnej przeszłości mogłoby uznać mnie za
najzwyklejszą dziwkę. Po jakimś czasie sama zaczęłam mieć o sobie takie
mniemanie. Dlaczego z tym nie walczyłam? Dlatego, że ja, głupiutka jak typowa
tleniona blondynka, Weronika Wróblewska za każdym razem wierzyłam, że wyjdzie z
tego coś więcej. I za każdym razem tak srogo się przeliczyłam.
~*~
Siedzę
na parkowej ławeczce wraz z Martino i Tischerem. Słońce pada akurat na moją
twarz, jednakże zbytnio mi to nie przeszkadza. Bardziej przejmuję się zachowaniem
tych dwóch neandertalczyków niż tym, co promienie słoneczne zrobią z moją skórą.
-
Ej, lalunia! – gwiżdże Matteo, uśmiechając się filuternie do blondynki. – Pieprzysz
się na dzień dobry czy trzeba z tobą chodzić?
W
okolicy słychać tylko jej dźwięczne oburzenie i stukot niebotycznych obcasów.
-
Z takimi tekstami to ty żadnej nie zbajerujesz – prycha pod nosem Simom,
uderzając kolegę w ramię.
-
Taki jesteś mądry? W takim razie pokaż, jak powinien zachować się prawdziwy
mistrz podrywu!
Niemiec
momentalnie podejmuje wyzwanie. Poprawia już i tak idealnie ułożone włosy,
układa swoją koszulkę tak, aby bardziej eksponowała jego umięśnione ciało i wzrokiem
zdobywcy poszukuje ofiary. Uśmiecha się zawadiacko, kiedy zauważa hojnie
obdarzoną przez naturę brunetkę.
-
Patrz i ucz się – mruczy na ucho Włochowi, automatycznie odchrząkując. – Hej,
złociutka!
Dziewczyna
odwraca się w jego stronę, mrużąc oczy.
-
Czego?
-
Posiadasz stanik w księżyce?
-
Nie twój zakichany interes, imbecylu!
-
Oj, no nie denerwuj się, w końcu złość piękności szkodzi. To posiadasz czy nie?
-
Może i tak, a co?
-
Bo masz cycki nie z tej ziemi.
Mnóstwo
krzyków, środkowych palców, a nawet i plaskaczy da się usłyszeć i zauważyć w okolicy
ławki, którą oblegamy. Jeden przebija sprośnymi anegdotkami drugiego, wywołując
w kobietach obrzydzenie, a nie zachętę.
-
Jesteście gorsi niż Bartman, kiedy jeszcze tu grał – kwituję, szczelnie
oplatając się ramionami.
- Patrzcie go, cnotliwy księciunio się
znalazł! – oburza się Tischer, wymachując mi przed nosem palcem wskazującym. –
Przypominam ci, że to ty chciałeś posiedzieć w parku i popatrzeć na panienki.
My tylko korzystamy z sytuacji!
-
Korzystać to wy chcecie nie z sytuacji, ale ze sprzętu, który nosicie w
spodniach, i to najlepiej zaraz.
-
Nie cwaniakuj, Łasko, dobra? – tym razem do głosu dochodzi Matteo. – Ty jakoś
do tej pory nie odezwałeś się do żadnej ani słowem!
-
Bo mi nie zależy na seksie. Mi zależy na poznaniu kobiety szczegółowo, na dłuższym
związku.
-
Taak? To dylaj do najbliższego biura matrymonialnego, Romeo.
-
To jest myśl, Simon! Skoro nasz księciunio chce poznać swoją księżniczkę od a do
z to gdzie, jak nie tam?
Przestaję
ich słuchać. Mam wrażenie, jakby nad moją głową wisiała świecąca się żaróweczka. Nawet nie wiem, w którym momencie nogi niosą mnie przez park, aż
do skrzyżowania. Kroczę tam, gdzie chcieli. Do biura matrymonialnego. Do Nieplatonicznych.
***
Trochę
refleksji ze strony Weroniki.
I
tak, drogie panie, Wróblewska i Łasko w końcu się spotkają.
Oddam
stos notatek w dobre ręce. Ktoś chętny?
Jasna cholera, zdecydowanie za dużo na siebie wzięłam.
Blogi, jakich adresy mi pozostawiłyście, postaram się nadrobić po sesji.
Moja prywatna żałoba trwa już od sobotniego popołudnia. Ech, Resovio i Jastrzębski Węglu, wolicie nie wiedzieć, co zrobiliście z moją psychiką.
Jasna cholera, zdecydowanie za dużo na siebie wzięłam.
Blogi, jakich adresy mi pozostawiłyście, postaram się nadrobić po sesji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)